“There are two ways to reach me: by way of kisses or by way of the imagination. But there is a hierarchy: the kisses alone don’t work.”/Anaïs Nin

piątek, 9 stycznia 2009

NIE NALEWAJ Z PUSTEGO...


Księga wniosków, skarg, zażaleń.


Patrzę oczami mych okiennic na ulicę zanurzoną w czerwieni świateł. Odbijające się w śnieżnobiałym trawniku neony natchnęły mnie do rozważań. Mam zwyczaj nazywania wszystkiego w urwisowaty, przekorny sposób. Na pomarańczowe mówię różowe, o Picasso, ze to słynny polityk był, a zamiast faux pas mówię „fułaje”.Lubie ten wyraz lekkiej konsternacji na twarzy oraz zdziwienie w oczach moich rozmówców. A jeśli ktoś pomyli Whartona z Warholem to czy jest to dowód na ignorancję, czy znowu się tylko zgrywa...?Hmm. Tak naprawdę zmierzam do tego, że z literek możemy wytopić pomnik pomylonych interpretacji, sensów i zdarzeń...Władanie słowami to ważna, ale i odpowiedzialna umiejętność...

W związku z tym (choć nie jest on bezpośredni) przyszła mi do głowy taka oto smutna refleksja. Czym skończyłaby się próba uczynienia z naszego życia księgi wniosków, skarg i zażaleń całego świata. Takim chyba lekkim zażenowaniem i męką. Płaszczyzną do eksperymentu niech stanie się egzystencja eM. Wystawię swoją codzienność na żarłoczny apetyt rycerzyków, co w jasnej lśnią zbroi i pozwolę im skakać prosto do źrenic, w imię dobrej i słusznej sprawy, by mogli sięgać do najgłębszych zakamarków mojego Ja. By mogli konsumować każdą cześć mnie, niczym smaczne ciastko. Od czasu do czasu pozwolę też skopać się po jajkach, gdyż lubię jak puchną. Znajduję w tym rozkosz nieziemską. Tak jak Agnieszka Chylińska czyni z kupowania lekko krwistej polędwicy prawie seksualną przyjemność. Na ringu wszelkie chwyty dozwolone. Jeśli inaczej się nie da...Są różne sposoby na wybudzenie, otrzeźwienie, zmiany. Z wielką ochotą przyjmę też serię z pocisków, które z cichym i bezdusznym jękiem poszybują w moją stronę. W końcu jestem "misją"(lub emisją elektronów) wysłaną na ziemię, by np. ubarwiać, przyozdabiać i zmieniać życie innych, czyniąc je bardziej nadzwyczajnym i atrakcyjnym. W ramach rozrywki i dodatkowego bonusa mogą więc na mnie wyładować wszelkie swoje frustracje, gniew, problemy, emocje - te złe i te dobre. Śmiało. Nie krępujcie się ludzie. Przy okazji wezmę też na swoją głowę całe jestestwo wszystkich zainteresowanych. Poprowadzę za rączkę, pogłaszcze po główce. Będę waszym smutkiem, radością, nostalgią, powietrzem, nadzieją, wolnością, chwilą... że nawet w mojej bliskiej obecności zaczniecie odczuwać bolesną nienawiść do każdego centymetra, który Was ode mnie dzieli i przeklinać, że to tak krótko...ech...

Słowa, słowa, słowa... a siła ich rażenia zależy od tego jak je zinterpretujemy...


"Reaching for my dreams
And you're so quick to say what I can't do
You criticize my actions
But I don't see you standing in my shoes..."


"I'm 'going the wrong way'
I'm 'doing the wrong things'
Every word just gives me fuel
So come on, come on... Tell me NO, tell me NO !"


Nie przywykłam do faktu, że ktoś kontroluje moją codzienność, w sposób mniej lub bardziej inwazyjny lub jawny. Moja wrodzona upartość i to podwójne zaprzeczanie wszystkiemu, czyni próby urządzania mojego życia według rożnych wizji daremnymi. Nawet jeśli dają świeże i nowe spojrzenie na wiele spraw. Szerokość i dogłębność myślenia pozwala mi na to, że jestem w stanie sama pewne sprawy dostrzec, choć potrzebuje na to czasu i przestrzeni. I czasami jestem skłonna do zmiany stanowiska, czy kierunku myślenia. Jednak nawet ja nie analizuję każdej minuty mojego życia z taką zaciętością, pomimo natury myśliciela z dość filozoficznym usposobieniem. Konsekwencja moich wyborów i czynów jest dla mnie kwestią głęboko osobistą. Musi być więc dobrze przemyślana. Dlatego łaknę ciszy. Żeby zobaczyć w tym wszystkim siebie. Przyjąć zapowiedź zmian.

Życie to nie jest chwila pochwycona w biegu; trzeba mu się przyjrzeć i zaplanować zgodnie ze sobą. Skłaniam więc do namysłu(wszystkich, którzy próbują) czy takie działania są właściwą drogą, by do mnie dotrzeć? Nie jestem Sierotką Marysią, która pozwoli sobie wejść na głowę. Bliżej mi raczej do Zosi Samosi. Każdy ma prawa, ale i obowiązki wobec drugiej osoby, by szanować jej wybory i prywatność oraz tolerować to, jak żyje. Cudownie mieć Anioła Stróża, który za nami łazi i dba o nasze interesy. Zdarzyć się jednak może razu pewnego, że ów Anioł 'pozna' i prawdziwie spotka Tę, której słowa będą go unosiły, kształtowały i będzie się nimi upajał. A że Panna rzeczona będzie miała wszelkie cechy niezbędne do tego, by uwierzył: głowę na karku, wyobraźnię: ten rodzaj emocji i komunikowania się ze światem, któremu ów Rycerzyk oprzeć się nie będzie mógł, może być mu przykro, że wcześniej sypał jej solą między oczy, zamiast herbatę posłodzić miłym słowem. Wnoszę więc o większą świadomość sensowności swoich poczynań? Na przyszłość... gdyby jednak chciał taką Pannę kiedyś "spotkać", a nie tylko zobaczyć...


"I am not afraid to try it on my own
I don't care if I'm right or wrong
I'll live my life the way I feel
No matter what I'll keep it real you know
Time for me to do it on my own..."

"If you're making me feel bad
Then tell me then do you feel good?
I'm just human and all I'm doing
Is what my heart tells me I should

So come on, come on, tell me NO!"


To pisała Nieposkromiona Królewna „Ścieżka” z bajki romantycznej nr 19 (co zasiała razu pewnego ziarnko zastanowienia, które sukcesywnie poczęło kiełkować. Być może wypełniła sobą umysły, słowami zajęła myśli, uśmiechem dotknęła zmysłów, a swym istnieniem weszła w sam środek zatwardziałych serc, ale potrzebuje teraz chwili, by wsłuchać się w siebie...)


*********


Życie – uniwersytet wyrzeczeń


Wyrosłam już z pieluch i matczynej opieki. A to, co mam najcenniejsze, czyli własną indywidualność i osobowość, zawdzięczam sobie. Nie mogę jednak pominąć w tym procesie tworzenia siebie ważnych osób, które miały istotny wpływ na moje życie. Płonnym złudzeniem i nadzieją byłoby natomiast kształtowanie swoich uczuć według opinii innych, gdyż umarłabym głodna. Są to sprawy, które nakazują nam postępować tylko i wyłącznie według kardiologicznej wskazówki, własnego rozumu, obserwacji, ale i intuicji oraz doświadczeń. Serce musi dotknąć emocji, żeby sprawdzić, czy jest czysta, dobra, a dusza nie cierpi na jej nadmiar. Zdarza się, że ta emocja jest jasna, niczym pachnąca łąka kwiatów wiosną, ale nie zawsze to, czego pragniemy jest tym, czego potrzebujemy. I czasami niespełnienie marzeń bywa łutem szczęścia... czasami. Trudno nam wykraczać poza to co poznane, własne, oswojone i dobre. Moja umiejętność empatii i angażowania się w losy bliskich mi osób powinna mnie wyzwolić i pozwolić normalnie żyć, ale okazała się dla mnie największym zniewoleniem. Choć czasami mam wrażenie, że jestem niewolnikiem słusznej sprawy i daru, który nie każdy otrzymuje. Współodczuwam, patrzę głębiej, szanuje ludzi...i w ten sposób mogę kształtować, czy wpływać na zmianę postaw u innych (ale tylko jeśli tego chcą i potrzebują).

Staram się nie zaprzątać sobie głowy wydumanymi możliwościami. Ale nie leżę też w domu przykryta gazetą, kontemplując zastaną rzeczywistość, na którą nie mam wpływu. Nie prowadzę jakiejś bezsensownej walki z siłami natury. Zdarza się, że mentalnie uciekam i skręcam w nieznane, przekomarzam się z przypadkową, ale niezwykłą chwilą w moich romantycznych wędrówkach, by zaznać magii, której potrzebuję...

...bo parafrazując Dostojewskiego powiem: „czasami chodzi o to, by mieć prawo zapragnąć dla siebie czegoś choćby najgłupszego, niemożliwego lub nieosiągalnego. Przecie to nieosiągalne w istocie, zawiera w sobie to, co jest dla nas najważniejsze i najcenniejsze....”


Czasami chorujemy na brak podsumowań, bo tak bardzo potrzebne są puenty lub ciąg dalszy lub... cokolwiek, co byłoby czymś więcej...


wtorek, 6 stycznia 2009

Kobieta z wiatru utkana...

Leżała wtulona w puchową kołdrę. Rozbudzona w nieśmiałych marzeniach i uderzona impulsem prosto w serce, długo nie mogła przywołać snu. Jakby brama miłości, dotychczas zamknięta, miała ustąpić bez protestu. Przymknęła powieki, ciężkie i oblepione strzępami niepojętych wrażeń, uwędzonych w cierpkim sosie z rozterek i obaw. Ciało miała rozgrzane gorączką i w końcu znalazła się w objęciach Morfeusza. Gdy nastał sen spokojny, do wnętrza jej duszy i zakamarków wyobraźni wdarło się powracające pragnienie. Najczystsza myśl, miłość zatrzymanych wieków i jednej upajającej chwili. Nadeszła z zamiarem obecności na dłużej. A zaraz po niej to spojrzenie, które natychmiast utonęło w jej myślach.


Niczego nie oczekiwał, jednocześnie czekał na wszystko. Nie potrafił oddzielić pragnienia od zamiarów...


Jej dłonie zaczęły pieścić delikatnie i niepewnie kontur jego ust, w obawie, by nie zatrzeć ich gwałtowniejszym gestem. Była w posiadaniu całej przestrzeni niewypowiedzianych słów. Mogła go uciszyć lekkim, jedwabistym pocałunkiem, spijając sok z jego ust. Wtedy poczuł smak delicji i czystego raju. Potem długo sycili sobą wygłodniałe dusze... święci w swoim grzechu. Kobieta z wiatru utkana i mężczyzna nie z tego świata...



sobota, 3 stycznia 2009

Noworoczne przeobrażenia

Nieszczęścia chodzą czwórkami. Error fona, pralki, dzięki której moje ubrania są w rozmiarze S , jak 'skurczone' i zabarwione na tęczowo. Stan zdrowia co najmniej opłakany i mniej „bladowitości milczenja” - idąc za Bazi podsumowaniem co do moich obficie kwiecistych wyn(at)urzeń. Flirt wyobraźni z językiem rozgadanym i wycyzelowanym był zazwyczaj wyjściem mojego obszernego ducha poza ciało. Jednak ekshibicjonizm emocjonalny potrafi uśpić czujność. A w efekcie. Hmm. Pomilcze na ten temat.


Gdyby pisanie sprowadzało się do konkurencji, kto później postawi kropkę w zdaniu ośmiokrotnie złożonym, byłabym gdzieś w czołówce. Cóż. Tylko na moim kawałku internetu mogę sobie pozwolić na wysokie stężenie przymiotników, przekraczające dopuszczalną normę na metr kwadratowy. W gazecie muszę dynamizować napięcie międzywierszowe i skracać zdania do minimum. :)


Wobec tego dziś tylko ziemskie sprawy, słone cierpienie wilgotnych od kataru oczu, surli turli, lops drops. Pozostał mi w tej chwili płytki oddech oraz nieprzesłoniona gorączką kobiecość i zwiewność. Grypa wparowała do mojego życia nieproszona i wcale nie zamierza się stąd wynieść. To już drugi tydzień okupacji. Może ja czegoś nie doczytałam. Może te tabletki z założenia mają mnie dobić, a nie uzdrowić? Mój podręczny lekarz internetowy nie działa, więc jeśli do piątku nie zejdę z tego ziemskiego padołu, to znaczy, że przechytrzyłam wirusa.


Zastanawiam się jak długo można chorować i... wariować. Przenosić swoją cielesną powłokę z miejsca A w miejsce B, jak wazon ze zwiędniętą różą. Po tylu dniach zmagań z bakteriami mam anatomiczną potrzebę nowego nosa, mniej zasmarkanego. I potrzebę snu, który z kolei nie chce nadejść.


Przepraszam za nieodebrane telefony...(milczące trwanie, częściowo zapewnione przez error nieszczęścia numer 1 w dniu wczorajszym) i niespełnione obietnice...


Jedni do celu idą bezterminowo i trudniej, innym olśnienie natychmiast wyznacza właściwy kierunek. eM w dwójcy jedyna prawdziwa ( <------fenks Grzechu) ujawnia się dłużej, ale za to coraz pewniej i jaśniej poprzez głębsze, refleksyjne spojrzenie na własne życie. Mam czas, by na nowo zakumplować się ze sobą, zaprzyjaźnić z wyszeptaną do ucha myślą i opanować emocjonalny chaos.


Życie to (nie)sen i zaczynam siebie w nim coraz wyraźniej dostrzegać...


*****

PS. Opatulona w kołdrę wyszperałam cytaty dwa, którymi chętnie się podzielę:


"Wszechświat obfituje we wszystko czego chcesz. Nie sprawdza cie. Życzliwie zaopatruje cie. Ale ty jesteś koordynatorem. Ty definiujesz, i robisz to przez swoje radosne oczekiwanie. Jeżeli jest jakieś uczucie, które powinieneś pielęgnować, które przyniesie ci bardzo wiele korzyści, to jest to pozytywne przewidywanie. To rozpalone oczekiwanie." (***Abraham***)


i w ingliszu

"The Universe is abundant with everything that you want. It's not testing you. It's benevolently providing for you. But you are the orchestrater. You are the definer, and you do it through your joyous anticipation. If there is an emotion that you are wanting to foster, that would serve you very, very well, it is positive expectation. It is excited anticipation" (***Abraham***)

*****

"Poczuj siłę i świeżość twojego“teraz”: Rozszyfrowujesz kontrast. Wiesz czego chcesz. Wiesz czego nie chcesz. Wypuszczasz swoja „rakietę pragnienia” tego, czego chcesz i stoisz teraz w całkiem nowym świeżym miejscu. Pragniesz w świeży sposób czegoś, czego nigdy nie pragnęłaś wcześniej. I to właśnie jest życie. W tym nowym pragnieniu przywołujesz kolejną porcję Energii. Gdybyś tylko mogła delektować się teraz samym faktem posiadania pragnienia i gdybyś przestała usilnie próbować je spełnić w jakiejś fizycznej postaci, otrzymałabyś to" (***Abraham***)

wersja dla ambitnych

"Feel the power and the freshness of your "now": You decipher the contrast.You know what you don't want. You send out your rocket of desire of what you dowant, and now you stand in a fresh new place; you want in a fresh way that you have never wanted before. And that's what life is. In that fresh wanting, you summon another dose of Energy. If you can begin to savour the mere fact that you have desire right now, and you would stop trying so hard to have that desire be fulfilled and manifested in some physical format, then you would have it" (***Abraham***)

*****

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Praca domowa...

fot. DZID



Są takie spotkania, wydarzenia i chwile, kiedy nie chcemy uronić nic z czaru słów, które docierają wprost do serca, niczym promienie rentgenowskiego słońca. Pamiętam dzień, w którym deszcz chłostał z impetem chodnik, a ja przemierzałam ulicę krokiem śpiewnym, lecz niewyjaśnionym co do celu tej przechadzki. Niebo było już zmęczone, a ja przemoknięta. I znalazłam się w miejscu magicznym, wypełnionym starymi książkami, zapachem wanilii i farby, która zastygła na przylegającym szczelnie do ściany obrazie. Wylądowałam w antykwariacie. Kiedy przeglądałam książkę o XVIII - wiecznych obrazach pastelowych i próbowałam pozbierać rozsypane myśli, do księgarni wszedł profesor, u którego pisałam pracę dyplomową. Lingwista, historyk, filozof i kulturoznawca. Typ niezłomnego poszukiwacza i najbardziej szalony naukowiec jakiego znałam.

Wraz z nim do tego niewielkiego pomieszczenia wtargnęły wspomnienia ze studiów. Nigdy nie wątpiłam w to, że siła słowa zależy i pochodzi od potęgi ducha. Ja marzyłam o jednym. O tym, że kiedy dorosnę zostanę dr Winiarzem. W niewielkim procencie Alfą i Omegą, człowiekiem renesansu, dla którego wiedza nie stanowi żadnej tajemnicy. Przy tak światłej postaci wciąż czujemy się jak w fazie pieluch. Kiedy słuchałam jego wykładów był absolutnym pochłaniaczem uwagi. Opanowywał niepostrzeżenie przestrzeń naszych oszołomionych umysłów. Jego myśli były tak żywe, jasne, tętniące, pełne dowcipu, namysłu i holistycznej spójności. Pasja, żar, zero zniechęcenia i władanie słowem w sposób precyzyjny, jak podczas szermierki, z obowiązkowo wpisaną anegdotą. Ten facet zawsze wiedział co powiedzieć, a komponowanie pracy pod jego okiem przypominało a to podróż w nieznane, a to wędrówkę do rzeczywistości pozazmysłowej. Nie trudno było za tym pójść w zaufaniu oraz pełnym zrozumieniu. W tych słowach, czasem wieloznacznych, lepkich i nieskończonych zaklęte były obrazy, zapomniane zapachy i sam smak. Sprawiał, że moje wewnętrzne zmagania i rozterki egzystencjalne stawały się łatwiejsze do rozwikłania. Przy tym nigdy nie manipulował wolnością, czy organizacją życia według mojej własnej wizji.

Ale...

Zaraz potem zdałam sobie sprawę, że człowiek przez całe życie otrzymuje znaki, wskazówki, jest doświadczany zdarzeniami w strumieniu codzienności. Stają się one zachętą i natchnieniem do zmian. Czy to za sprawą profesora, rodziców, mentora, idola, mężczyzny, kobiety, artysty przyjaciela - geja, czy...architekta marzeń...

Codziennie odrabiamy lekcje z życia. Staram się być czuła na głos we mnie. Jest on tym wyraźniej słyszalny, im bardziej staję się dzieckiem...

Patrzę...

Słyszę...

Oddycham...

I jestem...



fot. DZID

środa, 24 grudnia 2008

Wspomnienie...

***



***


Magiczna Wigilia...

Święta mojego dzieciństwa pachniały choinką, nadzieją i tajemniczością. Przywoływały poczucie bezpieczeństwa, bliskości i trwałości. Bez tego zmęczenia kosmosem, zanurzania się w otchłani problemów. Ciepło domowników i gorący oddech, który malował obrazki z miłości na oszronionych szybach, wprawiały w stan podekscytowania. Wypatrywanie pierwszej gwiazdki na roziskrzonym niebie, było jak nieoczekiwana erupcja światła. Sople lodu miały twarz uśmiechniętych Aniołów. Emocje dyndały jak choinkowe bombki, w których odbijały się jarzące lampki. Za oknem sypał śnieg – gęsty, diamentowy pył. Lekki płatek frywolnie tańczył na wietrze. Ze skrawków myśli budowałam marzenia. Rozbiegany i niewinny wzrok podążał za babcią i jej nieziemskimi smakołykami, stworzonymi według zastrzeżonych receptur. A Mama ubierała choinkę. Najpiękniejszą. Z Anielskim włosem i brokatowymi bombkami. W tle wybrzmiewała kolęda... przygrywana odrobinę nieudolnie na 4 ręce z bratem bliźniakiem. Po domu leniwie kręcił się znudzony kociak i badawczo przyglądał mu się pies, oszołomiony zapachem świątecznych potraw i ciast. Tata przyrządzał złocistego karpia... 


święta... pamiętam, że istniały...



piątek, 5 grudnia 2008

SnowySoul ... wiesz za co. Za cudowne rozmowy o kwestiach trudnych i banalnych, za uświadamianie, że rzetelne i uczciwe poszukiwanie nie jest podróżą w nieznane. I za ten świetlisty piorun w przekazie, za poszerzanie granic, za właściwe reakcje i bezdyskusyjną obecność... No i za dźwięki Ramblin' (wo)man ...


***

czwartek, 4 grudnia 2008

Nieme uczucia

W pewne przenikliwie zimne popołudnie postanowiłam wypełnić organiczną przestrzeń tylko sobą. I...myślami, niesfornie kołaczącymi się po użyźnianej deszczem duszy. To nawet nie był rodzaj pobudzenia motorycznego, ale swoiste sam na sam. A pytania, które zawisły w powietrzu mnożyły się niczym muszki na porzuconym ogryzku. Uciskały, dławiły, domagały się odpowiedzi. Znowu 'odjechałam' jak czerwony autobus, pędzący po usianej znakami zapytania drodze. Kiedy gromadzę w sobie emocje odbijające się od energii wydarzeń, przyjmuję zasadę, że muszę wytrwać w milczeniu. Wolę zbierać zmysłami krajobrazy i utrwalać je w sobie.


Rozmyślania skupiły się wokół prawdy o stanie ludzkiej duszy. Jedynej, niepodzielnej, prawdziwej. Czy pamiętamy w ogóle czym ona jest? Dusza. Ucieleśnienie wnętrza, które niszczeje i wymaga generalnego remontu. Ludzie wydają fortunę, żeby przywrócić w sobie piękno, ale te wysiłki nie przynoszą żadnego rezultatu, bo błyskotką nie odwrócą uwagi od tego, co najważniejsze i niewidzialne. Ducha.


Widząc tylko twarze nie dostrzegamy serc. Nie kupujemy prostych przekazów, zwyczajnych gestów, nie reagujemy na głos innych, bo nasz słuch nie sięga tak daleko.. Czy serca mogą zobaczyć tylko Anioły?


Dalej przemierzam bezludny park. Czas rytmicznie pulsuje, a ja mam ochotę, by zaszy
ć się w opadłych liściach tak głęboko, jak to tylko możliwe. I pomilczeć, odurzając się zapachami resztek jesieni, dotykiem cieni drzew, złotem gasnącego słońca....


Zawsze chciałam ... rozważania przerywa SMS.„Rascwietali jabłoni i gruszy, papłyli tumany nad riekoj, wychadiła na bierieg Pipilanca. Chodź do naleśnikarni...( pipilanca, moje alter-ego)

Junior, stary kumpel, człowiek renesansu i teatru, filmowy partyzant, wywołał mnie z lasu...

Rozmawiamy, będąc super-sobą, naturalnie, jak zawsze, przez 10 lat znajomości. Kiwamy do siebie nawzajem głową. To potakiwanie charakterystyczne dla osób z trylionem dziwnych zainteresowań i plątaniną myśli.

Jest wiele spraw, które tak się kłócą z moim światem – przerywam chwilowe milczenie. Dlaczego w ludziach jest tak wiele teatru? - pytam mojego rozmówcę. A może to lęk, maski szpan?Dlaczego karmienie złudzeniami, pozorami sprawia im taką frajdę? Po co to wszystko?To jakieś nieśmieszne, że tak powiem „wykonywanie sobie jaj”...


Nie rozumiejąc przyczyny, zawieszam nagle głos, przygryzam paznokcia i uśmiecham się niepewnie pod nosem. Kontynuując... Przecież zwykły gest czy rozmowa nie odbierają ludziom magii i tajemniczości...?

Spotykam tysiące twarzy, słyszę miliony słów. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż nie istnieją one w oderwaniu od łańcucha powiązań, jaki przy tym powstał. Nic co się dzieje, nie jest przypadkowe. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde słowo, gest, wewnętrzne i zewnętrzne wrażenie, pragnienie, intencja, łza, krzywda, żal kształtują moją codzienność. Dlaczego? Dlaczego więc Bóg trzyma mnie za nogi i ostrożnym, ale pewnym ruchem zabiera mnie od tego, czego chciałabym doświadczyć? Może nie jest mi to przeznaczone? Może lepszego życia - z gwarancją i z dostawą do domu nie można sobie kupić, tylko je wypracować?


Przestałam zastanawiać się i mózgować intensywnie jak usprawnić swój pospiech. Ok. Żyjemy na miarę naszych czasów. Raz w szaleńczym biegu i w bezdechu. Raz bezradnie i z podciętymi skrzydłami. Nie. Nie chce powiedzieć, że dopiero wczoraj odkryłam, że w życiu ważne są przede wszystkim emocje i prawdziwe, żywe, palące uczucia. Chce użyć stwierdzenia dosadnego, ale szczerego: Stale sobie czegoś odmawiam, niczym mniszka pacierz w swojej celi. A przecież jestem stworzona i powołana do spraw piękniejszych i wznioślejszych. I co? I guzik z tej egzystencji mam! I stąd pytanie... Czy jest to wynik mojej decyzji - pewnej, świadomej, nieodwołalnej, bo tak postanowiłam? Koniec. Kropka. Czy może wynik tego, ze sobie czegoś zabraniam, postępując wbrew sobie? Emocje, uczucia, zmysłowe wędrówki. Jest ogromna różnica w tym, jak to postrzegamy, a jak tego na co dzień doświadczamy i z jaką intensywnością przeżywamy. Moje ja - raz przekorne, innym razem ironiczne, a za chwile zatopione w kobiecości, domaga się, by ktoś poprowadził je za rękę... Nie proszę o więcej...


Emocjami nie rządzi przypadek, rządzi nimi miłość...
Jest w stanie przedefiniować wszystkie pojęcia i nasze myślenie. A jednocześnie wywrócić całe życie do góry nogami. Wszystko inne przestaje mieć jakąkolwiek racje bytu, traci na ważności; miłość wynosi nas na szczyt, z którego widać całą prawdę. Zobaczy ją tylko człowiek będący w prawdzie, bo wie, co należy czyni
ć... Ale do prawdy trzeba dotrzeć. Do prawdy o sobie, o innych i o otaczającym nas świecie.


Kiedyś przecież powstaniemy na nowo, ulepieni z materiału, który zebraliśmy z miłości.


A w tle dźwięczy „In my mind” ...


"(...)They say if you love something
you've got to let it go
and if it comes back
then it means so much more.
but if it never does
at least you will know
that it was something you had to go through to grow(...)"


...przytakując twierdzeniu, że tylko Miłość potrafi rozpoznać Miłość...




wtorek, 18 listopada 2008


**********

Moje myśli najbardziej kochały kwadrans po godzinie
Tantrycznie...
Tęskniły słowami przyprószonymi kurzem
Nieprzytomnie...
A przedtem ustał marsz tęczowych myśli
Niespokojnych...
Dryfujących pod palcami klawiatury
Doznań magicznych...
Wybrzmiał nadmiar i niedosyt
Ożywczy nektar skroplonych marzeń
Tęsknota za pozostałą częścią całości...

**********

W tamtej chwili – onieśmielenie czystą emocją i wiosna w sercu
Dziś - otulona purpurą liści, refleksyjna jesień z miedzi
Świadomoś
ć,„wczoraj” zagospodarowała moje kardiologiczne poletko samotności...
Obsiane teraz naiwną projekcją wyśnionej sprzeczności

Utracone to, co nawet nie powstało...
Niedopełnione niespełnienie i to, co zabolało
Deszczowy poranny oddech otarł się o rozważania


Czy wiedzieć, to już móc?


**********

poniedziałek, 20 października 2008

Wyobraziłam sobie...

Wyobraziłam sobie, że świat uległ przeobrażeniu, a efektem tego niewytłumaczalnego i nagłego aktu przemiany stało się odkrycie śladów człowieka, który dobro i miłość czyni codziennością...


Wyobraziłam sobie ludzi czułych na piękno, kolory, dźwięki muzyki, krople deszczu i słoneczną wolność za oknem. Ludzi, potrafiących dostrzec szczególność zamkniętą w każdej chwili dnia. Ludzi, którzy nie są zmęczeni...


Wyobraziłam sobie utkaną z prawdziwych emocji tkankę relacji międzyludzkich – nie kruchą, słabą, płytką, ulotną i powierzchowną, ale dotkniętą konkretnym działaniem. Widziałam zaufanie, rozmyte jakby, ale osiągalne...


Wyobraziłam sobie dom - miejsce duchowe i bezpieczne, gdzie choćby pod gołym niebem ludzie są razem. Dom jako stały i trwały punkt określający kierunki podróży, w której błądzimy i odnajdujemy utracone ślady.



Wyobraziłam sobie świat bez zawiści, bez kpiących zachowań i nieszczerych spojrzeń. Bez upoważniania tłumu 'rozstrzygających', 'decydujących' i 'oceniających' do nieustannej krytyki...


Wyobraziłam sobie siebie - czułą na głos we mnie, nie odwracającą uwagi duszy od niewypowiedzianych tęsknot, wolną, patrzącą na siebie dojrzale i z dystansem, emanującą niewyczerpalną siłą i żarem miłości, wyciszoną i pewną...



Wymarzyłam sobie...

poniedziałek, 13 października 2008

CACKO Peszkowe...


Preludium do Awarii

***Lubię twoje to i lubię też tamto*** Rozpadam się na kawałki, kłębki, strzępki, niedopałki***Jak ocean niespokojny, w mojej głowie gwiezdne wojny***Ty mnie zbierasz i z powrotem sklejasz.***Cała jestem bałaganem i twoim wojennym stanem***Wierze w ciała zmartwychwstanie poprzez czułość, przez kochanie***Inwentaryzacja, przerwa w dostawie, pauza, spacja***Ty prasujesz pomięte moje sny i ty karmisz w mojej głowie głodne psy*** Ciało z ciałem niech się sklei, od niedzieli do niedzieli niech trwa***Chce pokochać Anioła, który ma na moim punkcie fioła***Taki krótki SMS, czekam, przyleć i mnie weź***możesz mnie posolić albo wymiętolić*** przez sen czuję cię i śnię że cię chcę***tęsknota we mnie siedzi jak drucik z miedzi***zabiorę i przemycę twoją tajemnicę*** Chcę być twoją kurką, niedzielnym obiadkiem***Przykryję cię sobą, ciepłą mą osobą*** Rosół z siebie robię i podaję tobie, wprost do ust, mój niedzielny biust***Samolot pisze wiersz na niebie, wysyłam go do ciebie***Do snu cię utulę, ciałem opatulę***Śpij i śnij, z moich ust ciemność pij***Ukradnę cię zabiorę, umyję i przebiorę***Pralka pierze, ja nie wierzę w nic***Marznę bez ciebie, zamarzam powoli***Zawijam się w dywan, twym zapachem się przykrywam***Jak gejsza bez kimona, Joko Ono bez Lennona***Bez ciebie mróz***Jestem misiem, kochać chce mi-się.***Do snu cię ukołyszę, lecz najpierw się tobą nasycę***Będę twoją kurką, twoim cackiem z dziurką***Lubię twoje to i lubię też tamto***Awaria Maria***


(Maria Awaria)


Kiedy przepuszczam emocje przez maszynkę do mięsa, słucham płyt organicznie zmysłowych i refleksyjnych. Wyposażonych w mocno wykolejony liryzm artystek w pełni świadomych. Wtedy robi się jaśniej, czuję, że już wiem, wiem więcej... Ten muzyczny bodziec sprawia, że jestem bliżej prawdy o sobie. Zwłaszcza kiedy każde słowo tętni, ogarnia mój umysł i znajduje to we mnie odbicie, szarpiąc za struny uczuć. A rzadko zagłębiam się w dokonania rodzimego rynku. Choć przede mną droga usiana nierównościami, od poszukiwania ładu w tej codziennej podróży już nie oddala mnie nieustający ruch. Zwolniłam i powoli nabieram przekonania, że wszelkie pragnienia, marzenia i dążenia niekoniecznie były moimi własnymi...


Ale wrócę do krążka. Każdy charyzmatyczny projekt Marii Peszek kładzie mnie delikatnie na łopatki. Po Miasto manii zaserwowała słuchaczom album twórczy, opowiedziany bezbłędnie, z ogniem, dowcipem i biglem. Ekstremalnie naznaczony indywidualnością, działający sugestywnie na wyobraźnie. Utkana misternie z materii słowa doskonałość "peszkowa" to bogactwo wżerających się głęboko i podskórnie w ciało tekstów. Zadziwiająco spójna, tętniąca seksualnością zabawa dźwiękiem i językiem ojczystym. Maria w muzyce realizuje odważne, wręcz ekstremalne jak na nasz rynek koncepcje. Atakuje, ryzykuje, oburza, prowokuje, uwodzi i kokietuje. Po złożeniu w całość 14 odrębnych kawałków, otrzymujemy obraz Marii Awarii w wersji rozerotyzowanej i cielesnej. Ona nie jest częścią szołbiznesowego miałkiego planktonu. Jest ultra-perełką. Nie jest jedną z tych kobiet, które „pielęgnacji wciąż oddane, są z samych siebie odessane”. Przyciąga naturalnością, ale i odważnym ekshibicjonizmem. To płyta ciekawa, intymna, wyzywająca, ostra i delikatna zarazem. Dzięki interpretacji, sile wyrazu i flirtowaniu ze słuchaczem piosenki nabierają szlachetnych barw. Razem z kameralną i ilustracyjną muzyką Smolika całość daje wrażenie nokautujące.


Maria Awaria - jak finezyjna mieszanka wybuchowa - zadziorna, ironiczna, spontaniczna i pełna dystansu do siebie.


Cacko z dziurką...


To krótkie wrażenie ( nie recenzja - no no) z obcowania pośredniego. Jeśli ktoś chce bardziej bezpośrednio poobcować z Marią Awarią to będzie miał okazję objąć ją czułym spojrzeniem w dniu 25.10 o godz. 19:00 w Centrum Kultury na ul. Peowiaków 12


poniedziałek, 6 października 2008

Frazeszyn

Spojrzałam w jaskrawy monitor i bez namysłu wypisałam się z emocjonalnej zawartości. Wypisałam, jak długopis żelowy lub flamaster w odcieniu niebieskiej groteski. Wysmarkałam z siebie bezsilność zwichniętej, powierzchownej codzienności.

W piątek zrobię z uczuć konfitury. Czy nie nadeszła właśnie pora na jesienne przetwory? Drylowanie wiśni, umysłu, lepienie słów, pierogów. Jedno i drugie wychodzi mi garściami, jak niezdyscyplinowane kosmyki długich włosów ...

***

Potrzebuje inspiracji, a nie negocjacji. Dotykalne dla mnie, miłe jak miś pluszowy i środek uśmierzający... bezdźwięczne dźwięki ciszy, przełamane absolutną ciemnością... Gdzie są punkty orientacyjne? Oto jest pytanie.



środa, 24 września 2008

Zakochać się „ z powodu”, kochać „ pomimo”
Kwintesencja miłości - z nutą dekadencji - jak dobre wino...

***

- „Najdroższy - rozwieś pranie!”
Czułym szeptem kokieteryjnie błaga
- „ I pocałuj mnie zmysłowo w ramię"
Przed dotykiem zalotnie się wzbrania...


Otwórz oczy nad ranem tylko po to, by znów
Poczuć ten puchowy smak jej aksamitnych ust
Zalecaj się do jej wnętrza
Admiruj ją romantycznie
Kochaj ekstatycznie, delikatnie, czule
Rozpieszczaj lirycznie


Ta wariatka, święta, altruistka, gapa
Grzeszna, niewolnica, egoistka - jest z innego świata
Ocean stokrotek rzucasz u jej stóp
A ona wciąż ci figle płata...


***

wtorek, 23 września 2008

***

Tuż za murem zieleni, w puszystej mgle, rodzi się chęć miłowania

"A dwie wolności łączą się w jedną słodką niewolę"...

***

poniedziałek, 22 września 2008

Zawiązać sznurówki...

"Bądź jak kamień, stój, wytrzymaj 
Kiedyś te kamienie drgną
I polecą jak lawina
Przez noc.
Przez noc.
Przez noc."

(„Psalm stojących w kolejce”K. Prońko)


Cóż. Niech będzie. Mokra, rozchlapana jesień. Myśli szarpią mnie za włosy. Czuję emocjonalne wyczerpanie, a umysł krzyczy, że nadeszła pora, by coś z tym zrobić . By przeprowadzić duchowy remanent. Taki nieuchronny moment w życiu, kiedy coś w nas pęka, zwykle nadchodzi u schyłku lata. Kiedy jesień puka w progi naszych neurotycznych myśli. Wtedy chcemy stworzyć nowy wzór na życie. Wszystko jest dozwolone i wszystko zakazane. Zrodzony z pustki pakt bezdusznego milczenia zostaje przerwany. W głowie rodzą się nowe upoetyzowane postanowienia.

  • nie trwać w kontynuowaniu fałszywej drogi

  • nie bać się spojrzeń i konfrontacji z życiem i ludźmi

  • wspierać w problemach, słyszeć i umieć słuchać

  • dostrzegać, współodczuwać

  • leczyć, wyjaśniać, naprawiać

  • karmić mową milczących, ale ważnych słów

  • szanować swoje wybory i pozostać konsekwentnym.

  • otrzepać się z kurzu, uczesać włosy, zawiązać sznurówki i pójść o krok dalej.

  • zaufać emocjom, nawiązać z nimi kontakt,

  • przełamać ciemność i nicość,

  • zagłębić się w siebie, wsłuchać w oczekiwania i pragnienia

  • nie lekceważyć ciosów i minionych, przeterminowanych wspomnień

  • nie czynić spustoszeń słowami i nikogo więcej nie ranić

  • szanować wolność wzajemną

  • przemyśleć każde posunięcie, gest, ruch

  • żyć według własnego rozumu, zanim wszystkie mądre teorie urządzą mnie na dobre

  • plany i decyzje poprzedzić i dotknąć konkretnym działaniem

  • kierować się „wskazówką kardiologiczną”, czyli sercem

Czy konieczne jest metafizyczne przejście do innego tajemniczego świata po to, by się przekonać? Pozbyć się z siebie wszystkiego, co uwiera, drażni, irytuje? Zedrzeć niewygodną warstwę swojego jestestwa? Zapisać czystą kartę życia na nowo?

Przecież poczuć prozaiczną wolność można na miejscu, bez tułaczki w nieznane rejony. Może lepiej zrobić porządek ze sobą i swoim życiem tu i teraz, bez udawania się w podróż, która może przynieść odpowiedzi, ale przecież nie musi.

Czekanie buduje dystans, pozwala na to, by klarownie spojrzeć na siebie, na życie, na zmiany, na innych. Moje sobotnie rozważania do 8 rano przy floriańskim grzanym w towarzystwie dwóch artystek spełnionych i totalnych okazały się sesją oczyszczającą dla umysłu i ducha. Jeśli chcę przyciągać ludzi i obdarzyć ich swoim dość specyficznym, a momentami wykolejonym światem muszę stać się wielokrotnością i kwintesencją tego, co we mnie najlepsze. Zatem jeśli mam być wolna, dokonywać wyborów, to tylko takich, które obdarzą mnie czymś dla mnie mocno uchwytnym, namacalnym, autentycznym. Nie ulotnym i niestałym. Czymś, co stanie się niemal darem, stosownym do wartości czynu i oczekiwań. Bez goryczy, toksyki i takim, który wprawi mnie w stan zadowolenia i subtelnej euforii. Dlatego wybieram z dużym namysłem, namaszczeniem i rozwagą. A nie bezwiednym łakomstwem. I tylko to, co szczere oraz prawdziwe. Czy wtedy wolność sama czyni się, czy może jednak nie?

sobota, 20 września 2008

piątek, 12 września 2008

Emocjonalne szczytowanie…

Gęsta atmosfera wrześniowego poranka sprawiła, że pokłóciłam się dziś sama ze sobą. A przede wszystkim z własną, osobistą Rodzicielką. Najlepsza z mam powiedziała mi, że wymagam i oczekuję od życia więcej, niż mogę dostać. No tak. Co ja sobie w ogóle wyobrażam? A w rozmowie face to face numer z „utratą zasięgu” niestety się nie sprawdza…
Więc kiedy już odwiedzam ukochaną rodzinkę serwują mi darmową kozetkową sesyję z cyklu „Jak mam żyć, czego nie robić, co robić, kiedy rodzić, kiedy ubrać kieckę z welonem, etc.”(niekoniecznie w tej kolejności). Wyborne są te posiedzenia.
Wyborne.
A ostatnio dość przewidywalne. Można się nimi upajać jak likierem czekoladowym z Bratysławy. Tylko w tym przypadku familia gwarantuje gwałtowne skoki ciśnienia, zamiast zapewnić ukojenie moim skołatanym nerwom. Razem z twarzą ubraną w słodko-kpiące znudzenie, przemieszczam się wtedy z bezrasową psiną na krótki spacer po osiedlowych trawnikach. 1800 sekund dumania sam na sam; z czworonogiem uważnie tylko obserwującym swoją panią u boku. Można tak długo-długo wpatrywać się w panią, kroplę rosy na trawie…zdechłego szczura. Ech.

Ale, ale odbiegłam nieco od tematu. Bądźmy poważni. Moją głowę rozsadza drylujące masę szarą pytanie: „czy nie powinnam wymagać od codziennej egzystencji więcej, niż może mi ona zaoferować?”

Wplecione i głęboko zakorzenione we mnie przekonanie, że życie mamy tylko jedno, nakazuje mi, by uczynić je dziełem doskonałym. Chce je przeżyć tak, by niczego nie żałować. A dostaje za to niemal po dupie. Za to, że pragnę, by nabrało ono znaczenia. Stało się żywe, prawdziwe, tętniące i aromatyczne. I wcale nie chce moimi śmiałymi planami rozśmieszyć Boga. Zaręczam. Choć bywają czasami dość odważne i ekscentryczne. Ale jednocześnie nienawidzę tego uczucia bezradności. Wykluwającej się, urzeczywistnionej i wyraźnej potrzeby osiągnięcia SZCZĘŚCIA ABSOLUTNEGO. Czy to aż tak bardzo niemożliwe???

Dam się pokroić za doznanie tego stanu obłędnej i ogłupiającej jak narkotyczny trans radości. Choć przez chwilę.
Od zawsze pulsuje we mnie pragnienie zachowania chwili. Nachodzi mnie w myślach co noc. Świadomość nieuchronnego przemijania daje mi prawo do tego, by wymagać, oczekiwać, nasycać się widokiem nieznanych krajobrazów życia. Nie chce, by przede mną rozlewał się żywioł totalnej nicości, bylejakości, płytkości, miałkości i wtórności. Chce widzieć to, co niedostrzegalne, smakować to, czego jeszcze nie poznałam. Jedyne, co może unicestwić marzenia, to strach, strach przed porażką. A ja chce marzyć, poznawać emocje ukryte w prostych gestach, widzieć czyjeś zmęczone oczy, dostrzegać myśli, splatać mój los z losem oryginalnych i unikalnych ludzi. Chce, by ktoś pomalował dla mnie niebo w zachwycający i całkowicie unikalny sposób.
***
I znowu emocje sięgają zenitu. Targają mną nieudane próby odebrania zmysłom czujności.
Wczoraj tańczyłam z deszczem, stąpając boso po stołecznym gruncie. Przepłaciłam to katarem, ale musiałam się pospierać trochę z naturą.

Jutro zerwę zakazany owoc i dotknę obłoków, będących własnością poważnej dumy nieba. W wyobraźni zawsze śmiało wykraczam poza to, co poznane, własne, udomowione i mocno zakorzenione. Kocham, tracę, pragnę, żałuję. W końcu nic dwa razy w życiu się nie zdarza.

A dziś dla zachowania równowagi i właściwych proporcji wypłynę na nieznaną, głęboką wodę. Całkiem sama. W poszukiwaniu swojej szansy, a nie tylko bezpieczeństwa, stabilizacji, bliskości i trwałości… Świadomość udania się w podróż z zatraceniem kierunku, czasu i przestrzeni jest fascynująca. Nie chce nawet poznać pointy tej wędrówki, a jedynie wyzwolić się z zastygłej formy i gnuśniejącego jak poobiednia sjesta, istnienia. Koniec końców i tak każda historia w mojego życia jest niedopowiedziana i niedokończona… Bajka pisze się nadal.

środa, 10 września 2008

My Freedom

In my head
In my dreams
In my joy
In my tears

In my pain
In my peace
In my hair
In my fears

Your voice
Your eyes
Your face
Your touch

Your lips
Your smell
Your taste
Your name

I’ll offer up
My life

My voice
My eyes
My soul
My mind

My love
My faith
My patience
My strength

My world
My wings
My touch
My kiss

My all…


środa, 20 sierpnia 2008

KUMULACJA URLOPOWEGO BEZSENSU

Dziś prawie pozwoliłam słońcu, by wstało wcześniej, niż ja...Znowu ta bezsenność. I znowu dziarski dżingiel muzyczny na śniadanie.
Ale życie jest piękne i soczyste, a świat, po którym stąpam jest niesamowity. Mój umordowany słabościami i pokiełbaszony na przekór wszelkiej logice umysł też jest fajny i oryginalny. Pyszna rozkosz i prozja życia, chciałoby się rzec.
Modle się, by dożyć 110 lat, bo potem lajf staje się już tylko mordęgą i ciężarem. Człowiek nie trwa w końcu wiecznie. Zaczynam się poważnie zastanawiać, czy tam na górze faktycznie siedzi niebieski papa Bóg i słucha tego, co mam do powiedzenia? Gdyby mógł czasami rzucić okiem na to moje ezgzystencjalne qui pro quo, byłabym Mu bardzo wdzięczna. Doceniłabym taką interwencję z niebios mocniej i bardziej, gdyby uczynił to w miarę szybko. Tak, bym wszystko, co mądre mogła zacząć już od soboty.
Każdy podlega prawom grawitacji i zagubienia. Ja się rozchorowałam na to drugie. Chętnie wywieszę ogłoszenie o treści: "Pozbędę się dawno minionych chwil, snów, tęsknot. Oddam wspomnienia. Cena do negocjacji".
Wrażenia jakie czynią ciepłe i przytulne słowa, dawno ułożyłam do snu. Zamiast ponadastralnie i zmysłowo czerpać radość z wolności urlopowania, znowu drepczę w miejscu. Można nawet powiedzieć, że zrobiłam trzy kroki w tył. Mam też ochotę zwrócić wczorajszy wieczór. Siedząc na werandzie z kieliszkiem wina, które przelewało się przez palce wyglądałam jak Amy Winehouse na odwyku. Byłam nawet zdumiona, że pies ma ogon.
Odór rzeczywistości czasami straszliwie mdli. Ale porzucam schyłkowe klimaty i minorowe zwątpienie na rzecz dalszego wakacjowania. Dużymi kroczkami zmierzają do mnie mazurskie krajobrazy. Nadchodzą dni będące przedsmakiem rumieńców i zmian. A potem parę weekendowych chwil w rytmie gospel... Zamienię się w "rozbuchaną osobowość sceniczną" i panią redaktor od pisania doskonałych relacji z wydarzeń muzycznych.
Nie dzieje się nic, choć tak naprawdę czyni się życie...

poniedziałek, 11 sierpnia 2008

List do…Mężczyzny

Nie śniłam. W fiolecie nocy sierpniowej księżyc świecił tak gorąco. Wyciszona, a jednak niespokojna snułam się w przytulnej ciszy po pokoju. Suche powietrze przenikało przez nozdrza, wdzierając się jak dym z papierosa do moich tkanek i przemęczonego ciała. Pospiesznie zwróciłam się w stronę dźwięków muzyki, by zanurzyć się w nich jak w aromatycznej kąpieli. Muzyka… od niej piękniejsza jest tylko cisza i Anioły.
Nie chciałam poprzestać na „wczoraj”. Natychmiast musiałam zdefiniować „dzisiaj”, pomimo nieprzebrzmiałych, jeszcze świeżych emocjonalnych matryc i doznań minionych dni. Czułam się jak pacjent wybudzony z narkozy, z wszytym na pamiątkę skalpelem chirurgicznym. Zawsze wiedziałam, że mam w sobie to coś;). Czułam, że muszę skreślić słów kilka. Zazwyczaj porozumiewanie się z własnymi myślami i dialog z sumieniem najlepszy jest nocą.

Każdy ma swój poranek i swój zmierzch. Każdy moment w życiu ma swój początek i swój koniec. Zastanawiałam się jak to możliwe, ze na każde wyznanie tak często odpowiadam czterema potężniejszymi, na strach - lękiem podniesionym do sześcianu?. Kiedy emocje przenikają serce bez najmniejszej litości, zawsze nadchodzi strach. Dumny, dostojny, z wyrazem zaborczości. Uzurpuje sobie prawo do tego, by wdzierać się do mojego życia bez pukania i rozsiadać jak nieproszony gość.
Tak właśnie jest, kiedy komunikuję się wyłącznie gestem, emocjami, spojrzeniem i słowem na blogowym kawałku Internetu. W przelotnym splocie tych ulotnych wrażeń, zmiennych nastrojów i wyobrażeń widzę czasem coś, co okazuje się tylko złudzeniem. Wyobrażam sobie kogoś innego…
A potem…
Kiedy iluzji mówie „Nie”, zaczyna się werbalna szermierka.. Nie potrzebuje wyjaśnień, nie chce ego-trip napędzanego wybujałym, ale i mocno rozchwianym poczuciem własnej wartości. Ja to wszystko widzę i wiem. Nie chcę, żebyś dotknięty jakąś małą emocją, w irytacji uderzał w samego siebie. Powinieneś wiedzieć, że musiałam ugasić migoczący blask. Z powodów oczywistych tak dla mnie, jak i dla Ciebie. Powinieneś też wiedzieć, że aby mnie zobaczyć, prawdziwie dostrzec, trzeba też mnie poznać, poczuć, wsłuchać się we mnie. I chociaż raz wyrazić to w sposób, który sugeruje nieznaczną formę akceptacji. Podążając za Tobą w tak niemym oczekiwaniu, zaczęłam mrużyć zmęczone oczy. Kiedy zamknięty trwałeś w sobie, nadeszły słowa, jak opalizujące błyszczące i jasnokolorowe kamienie. Słowa wystukane na klawiaturze, wyrysowane niebiesko na białym. Być może zalały nieoczekiwanie Twoje wnętrze? Te kilka wypowiedzianych, spontanicznych i szczerych zdań zmieniło duszę w kwiat. W ogrodzie przyjemnie spędzało się czas… ogród jednak obumarł.

I co dalej? Nie zawsze tam, gdzie kończy się nadzieja, zaraz po niej następuje pustka. Nic nie jest w stanie sprowadzić nas na krawędź przepaści. Więc będę, nie zniknę, nie rozpłynę się w letni dzień, jak gałka śniegu. Będę nie inaczej, a tak jak dotychczas. Ciepła, właściwa, nieodgadniona, wrażliwa. Ale nie będę Twoim kwadransem wolności, bo kwadrans to za mało. W całym tym nieokiełznanym ruchu energii i chaosie zasnutym mgłą będę pomagać Ci odnaleźć początek drogi, kawałek ścieżki i dobre chęci do odszyfrowania zatartego drogowskazu...

Jest mi tu dobrze…

sobota, 9 sierpnia 2008

Z TOBĄ, DLA CIEBIE, W TOBIE i …BEZ CIEBIE…

Nad niebem rozpinała się wielobarwna tęcza. Puchowa cisza, przerywana co chwilę chichotem ptaków, okalała okolicę. Z porwanego jak zasłona i monochromatycznego pejzażu drzew wyłonił się obraz, który rozbudził w niej pragnienie. Pragnienie uczuć, których szukała w korytach rzek, żłobieniach skał, w filiżance kawy, w tubce farb, w dźwiękach muzyki…

Ta chwila warta była podróży na koniec świata. Rozbudzone myśli zaczęły wibrować w głowie, odbierając jej władzę nad umysłem. Jej oczy i usta były już tylko dla niego. Pierwszy pocałunek złożył na niej swym przejrzystym, odważnym i uśmiechniętym spojrzeniem. Świat przestał istnieć, obraz zatrzymał się w kadrze. Nie liczyło się już nic, tylko przyspieszone tętna. Dotknięci miłością, która okazała się darem niebios, dali się porwać magicznej chwili tamtego poranka. Zmysły ugodzone głodem, sprawiły, że zwycięsko zaatakowała jego serce, wdzierając się w najmniejsze zakamarki duszy. Tylko oddech dzielił ich od spełnienia. Rozpieszczany słowami podgrzewanymi na słońcu i szeptanymi zmysłowo do ucha, z uległością pozwolił jej, by zabrała go do nieba. Wędrował po jej rozpalonym ciele, karmiąc sobą każdy centymetr jej alabastrowego ciała. Patrzyła na niego kusząca, z uległością podając swoje usta do całowania. Odbity w jej oczach, zdobyty, ekstatycznie zachłyśnięty jej osobliwym czarem i darem wzajemnej obecności, odrodził się na nowo.

Nie mogli oderwać się od krainy żaru i namiętności, czekając aż butla ze szczęściem eksploduje… równo o 5 nad ranem. Zanim jednak ta chwila nastąpiła ciemno-miedziany księżyc otulił ich swoim spojrzeniem, darując im w prezencie nieboskłon z gwiazd…

Wiem, że tylko cię wyśniłam …


poniedziałek, 4 sierpnia 2008

Kazimierz nocą…piękne zmyślenie…

Tęsknie za Kazimierzem minionej dekady. Przestrzenią intymną, cichą i zjawiskową - moim Kazimierzem. Wolnym od komercji, spokojnym jak aura po kapryśnej burzy. Gdybym mogła uczynić to miejsce na nowo, egoistycznie stworzyć dla siebie, wymazałabym z krajobrazu tłumy wszędobylskich turystów, nieprzystępnych, teatralnie opanowanych VIP-ów. Nie pozwoliłabym na zdeptanie poetyki tego magicznego miasteczka. Wyposażyłabym ludzi w mądrość refleksyjną, która przejmie władzę nad ich zmysłami. Przemykając korytarzami ulic chłonęliby kolory, zapachy, angażowaliby wszystkie przymioty swojego umysłu, potrafiliby zrozumieć. Intuicyjnie odbierać rzeczywistość, nie depcząc tego, co inne, szczególne, nieprzewidywalne. Czy istnieje jeszcze szansa, by Kazimierz stał się wyspą wyrażania indywidualności w czysty, nieskażony komercją sposób? Miejscem, które będzie miało we mnie odbicie?
***
Tymczasem urządzę sobie spacer nieznanymi zakątkami wyobraźni. Napiszę opowieść z marzeń o kazimierskim zatraceniu, namiętności i resztkach bezsensownej miłości. Nie jest ważne gdzie powędruję, drogę mam przed sobą. Cień posłusznie podąży za mną. Nie ważne ile murów po drodze minę, namaluje na nich czerwone uchylone drzwi i zanurzę się w krainie światła. Dam się nawet wychłostać kroplom deszczu. Odkryję ciszę i zniweluję patologiczny szum. Pokocham pokorę wobec tych sakramentalnych kamienic…
Nawet ławeczka kochanków zakwitnie na nowo…czyniąc wspomnienie żywym w pomylonej wieczności.