“There are two ways to reach me: by way of kisses or by way of the imagination. But there is a hierarchy: the kisses alone don’t work.”/Anaïs Nin

wtorek, 29 września 2009

środa, 19 sierpnia 2009


Rafał Borcz - "Tramwaj"


Zerknęłam dziś na obraz, któremu nie mogłam się oprzeć. Tej kolorystyce, która tworzy esencjonalny klimat całości. Dzięki niemu myślami wróciłam do pewnego letniego dnia sprzed wielu wielu lat. Wspomnienia osłodzonego nienasyceniem. Gdy tramwaj leniwie płynął po torach, a ja swoim odbiciem w szybie, odwracałam uwagę duszy od niewypowiedzianej tęsknoty. Sen to był, chwila, oddech może? Telefon pęczniał od sms-ów, w których uczucia miały tak natrętnie twórczy charakter...


"...Nikt nie wie ile dla mnie znaczą Jej uśmiechy, z których rodzą się sny, tak łagodne..."

"...Teraz już chce odważnie prowadzić się, poważnie... cóż"

"...Nikt nie wie, ile dla mnie znaczy brokat słów, milczenie, gdy braknie tchu..."

"...coś podpowiada mi, że dla tych paru chwil jest warto żyć i razem być i dalej trwać"

"...Nikt nie wie, ile znaczą Jej ciepłe dłonie, Jej "dobranoc", kiedy opadam w puch miękkich włosów, wpół przymkniętych powiek..."

"...Ty moja tu, Ty moja tam, Ty moja tak..."

"...kiedy zbudzisz się, na pewno już nie poznasz mnie, bo sobą jestem tylko wtedy kiedy jestem sam..."

"...zachowało się pod piórem to co mogło zostać w nas..."



Nie powiedziałam "Tak"...



sobota, 8 sierpnia 2009

Błękitne drzwi..



"Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem" C.G. Jung



Dziś bardziej rozumiem i czuję te słowa, niż kiedykolwiek wcześniej. Dotarłam do głęboko ukrytej w sobie mocy, by tworzyć życie takim, jakie chce, żeby było. Nie ignoruję już swoich wewnętrznych wątpliwości, podszeptów, intuicji i uczuć. I nadal uciekam od jednoznacznego postrzegania ludzi, w myśl zasady, że każda reakcja mówi więcej o nas samych, niż o innym człowieku.


Weszłam w etap życia, który szczególnie uwrażliwił mnie na pewne sprawy i poczułam to jasne uwolnienie i chęć, by pozostać białym w swojej duszy.


Wszystko co nas spotyka, bez wyjątku, ma znaczenie i nadaje sens oraz wartość naszemu życiu. Nawet przypadkowe zetknięcie z pewną plastyczką, która wydziergała mi naszyjnik w prezencie, kiedy biegłam na starówkę. Czy wczorajsze popołudnie z Andżelą, która po jednym spojrzeniu zapoznała mnie ze sobą słowami: „Prawdziwe piękno z wnętrza wypływa”, nie pozostawiając wątpliwości, ze to spotkanie miało czemuś służyć. Przez parę godzin rozmowy dowiedziałam się o sobie więcej, niż w ciągu ostatniego roku. Bezinwazyjnie, z zachowaniem sprawiedliwej proporcji i umiaru. Jak dużo może dostrzec ktoś, kto mnie wcześniej nie znał i nie widział.


"Każda lekcja nas kształtuje, a powraca w mocniejszym doświadczeniu”... Najprawdziwsza to prawda.


Teraz chcę być jeszcze bardziej uważna i refleksyjna, a nie wciśnięta w ramy bycia poukładanym i takim mocno właściwym. Ten, który dusi w sobie to, co złe w imię bycia ideałem, nie może być jednostką w pełni świadomą. Nie mówię tu o sytuacji, w której pozwalamy na to, by być zasilanym przez zło, bo zupełnie nie o to chodzi. Mocne i stabilne podłoże duchowe nie zbuduje w nas zła, będzie drogą do radzenia sobie z negatywnymi emocjami.


Każdy, kto będzie dążył do stworzenia idealnego w sobie człowieka „bez skazy”, nie otworzy się na wiele możliwości. Będzie tylko o nich marzył. Jeśli czegoś chcę, robię to. Kiedyś przekraczałam siebie w tak wielu sytuacjach, a dziś czuję się, jakbym zupełnie o tym zapomniała. Śmiało podążałam przed siebie, pozostając w kontakcie z emocjami i uczuciami. Wiedząc, że robię to dla siebie i widząc w tym spełnienie moich pragnień. Gdybym wtedy skupiała się wyłącznie na chceniu, a nie konkretnym działaniu, prawdopodobnie nie zdobyłabym cennych doświadczeń i nie osiągnęłabym tego, co już mam. Dlaczego dziś miałabym zatracić w sobie tę zdolność? Życie przecież trwa dalej. Czy tkwię w jakiejś podporządkowanej formie, która mi tego zabrania? Nie tkwię! Nie muszę, a nawet nie chcę. Dlatego wybór tej drogi, którą od zawsze chciałam iść stał się dla mnie naturalny i oczywisty.


Czasami spotykam na swojej drodze ludzi, których słowa nie mogą we mnie wzrastać, bo brzmią one niewiarygodnie. Dlaczego? Bo oni nie żyją w sposób, jaki głoszą. To nie oznacza, że jeśli jesteś ornitologiem, to masz zacząć latać. Nie. Ale może warto zrobić coś, by wyrwać się z cholernego odrętwienia?


Czy mam prosić o łatwe, wygodne życie, upływające mi na prostych zadaniach, będących kopią takiego „wspaniałego” i „szalonego” życia, jakie miewają niektórzy moi znajomi? Gdzie tu droga do osiągnięcia stanu szczęśliwości? Gdzie jest ten przykuwający uwagę, jasny snop promieni, który miałby rozświetlić duszę i drogę? Przepraszam, że nie kłaniam się w pas, nie przyklaskuje, nie jestem zwolennikiem takich 'wzniosłych' akcji, skoro ich nie dostrzegam? W takim razie po co to wszystko? Czemu ma służyć ?

Żeby zostać autorytetem i osobą godną zaufania musimy szanować słowa już wypowiedziane, podążać za nimi. Dlatego przestańmy sobie codziennie obiecywać, że podejmiemy jakieś działanie. Po prostu to zróbmy. Tylko w ten sposób można komuś zaimponować i być może usłyszeć kiedyś: „Kurcze. On/Ona faktycznie to zrobiła. Żyje w taki sposób, do którego nas próbował(a) przekonać. Chapeau bas.”


Z tej prostej przyczyny wiem, że tak naprawdę niczego i nikogo wokół siebie nie muszę zmieniać, a poznać to, co chciałbym wyeliminować w sobie. I widzę potrzebę zmiany. Chcę tego.


Wszystko co nielogiczne i głupie, nieznośnie tkwi w naszej głowie, w umyśle, w kalekim odbieraniu świata, a nie na zewnątrz. Tylko zharmonizowany wewnętrznie człowiek, będzie czuł się zadowolony, uszczęśliwiony i w pełni uwolniony z łańcuchów i kajdanów prostej mentalności.


To właściwy stan duszy, a nie umysłu (nawet najbardziej otwartego) sprawi, że nie będziemy potrzebowali ludzi do wypełnienia pustki, w której tkwimy i żyjemy. Nie będziemy skonfliktowani z otoczeniem, nie będziemy odczuwali zawiści, ani złości, że nie do końca czujemy się osobą, jaką chcielibyśmy być.


Zamach na naszą wolność, strukturalnie przemyślany atak wyimaginowanego wroga jest naszym wymysłem. Tych, z którymi się nie zgadzamy, potraktujmy jako swoisty dar, że stanęli na naszej drodze. Bo pozwolą nam dostrzec w sobie cechy, których nie znosimy i które nas drażnią. Natomiast ci, do których lgniemy niech staną się odpowiedzią na to, co mamy w sobie niezwykłego i wielkiego.


Każdy człowiek jest wyjątkowy. Od każdego możemy czerpać tyle ile chcemy. Oczywiście. Możemy przyjąć założenie: „You won't get the best of me”, ale jeśli ktoś ma z tego jakąś naukę, to warto przyjrzeć się cechom, które są w nas najlepsze i podarować je w prezencie. Na przyszłość.

Dlatego teraz chcę się skupiać na pozytywach, a nie na negatywach. Świat będzie dla mnie w zupełności niezwykły i w porządku, jeśli sama z siebie będę w pełni zadowolona.


Mój kolega ze studiów, który prowadzi kreatywne warsztaty rozwoju osobistego, zapoznał mnie z paradoksalną teorią która głosi, że: „Człowiek staje się tym, kim jest, a nie tym, kim chciałby być”.(uwaga! W tym miejscu niektórzy mogą mieć reakcję alergiczną na tanią filozofię :>).
Oznacza to nic innego jak to, że świadomie powinien akceptować siebie takim, jaki jest. Co z kolei stanie się warunkiem dla późniejszego osiągania zmian i podejmowania właściwych działań i decyzji w naszym życiu. I jest w tym logika oraz głęboki sens. By emocjonalnie i mentalnie czuć się osobą, jaką jesteśmy, a nie jaką chcielibyśmy być, uwolnić się od bagażu kompleksów, wewnętrznych ograniczeń, negatywnego myślenia o sobie. Co w przyszłości będzie miało przełożenie na nasze relacje ze światem.



Żeby zostać elementem wiecznym, konkretnym i stanowczym, bez tanich wymówek dla siebie, poszukam błękitnych drzwi bezwarunkowej akceptacji dla siebie i innych. A jeśli spotkam po drodze mur, to je sobie namaluje. I przekroczę to, co nieprzekraczalne, zanim rozsypią się za mną wilgotne cegły ścian.


niedziela, 2 sierpnia 2009

SHORTy II


Znowu to samo. Przed blokiem, który właśnie ocieplają na zimę, wita mnie styropianowy śnieg. Gęsty i lekki. Płynie z nieba niesiony przez wiatr wprost na uliczny ogród do terenowych rozmyślań. Dobry na ostudzenie potencjału filozoficznego, choć tu raczej przydałoby się wiadro lodowatej wody.

Podczas gdy naród 'łikendowo' wypoczywał poza granicami prowincji, z impresją szopenowską w uszach, w wykonaniu Możdżera, spędziłam godzinę na ławce. Z kartką i długopisem na kolanie, szukając jakiejś rozgrzewającej inspiracji. W słuchawkach dźwięczało teraz piano forte oraz szorstkie, lecz w dobrym tonie muzykowanie Stańko. Sam stwierdził niegdyś, że jego twórczość jest pełna natręctw, bo ma skłonności maniakalno-depresyjne. Słusznie ...


Tak więc siedziałam na tej ławce i obserwowałam ludzi. Na szczęście naukowcy odkryli, że istnieje jednak jakieś życie poza siecią i to co nas otacza jest znacznie bardziej fascynujące. Choć przypuszczam, że za lat kilka powstaną internetowe dzieci, które będzie można doglądać za pomocą myszki :). Zaspokoją potrzebę łatwego kupna, czasem z dostawą do domu, gwarancji i pełnej satysfakcji użytkowania.


-E, my nie planujemy dzieci, za to nasz pies kończy jutro 3 lata.

-My też jeszcze rodzić nie będziemy. Za to mamy nową kartę graficzną.


Mawiają z dzikim podnieceniem znajome pary. Można sobie tak porozprawiać o swoich „zabawkach”: karierze, wypadach do galerii handlowych, wakacyjnych wyjazdach, clubbingach, kursach jogi i gotowania. Wszędzie wokół ta sama 'bajka'. Hmm. Chciałabym wkrótce poczuć, a właściwie zrozumieć, że nie jest moja. Jednak pewne procesy się samoistnie dokonują, są konsekwencją zmian w rzeczywistości, której codziennie doświadczamy. Z bólem stwierdzam, że jesteśmy pokoleniem serwisów internetowych. I jest to chyba naturalna kolej rzeczy. Nikogo już ten stan rzeczy nie dziwi. Nie ma potrzeby, by mielić i przetwarzać w jakiś szczególnie eksplorujący sposób to, co oczywiste.


Wróciłam więc do domu. Na biurku jak zwykle artystyczny nieład, gdyż porządek z reguły rodzi chaos.


Dokonało się.


Mistyczne przejście z chaosu we mnie na bajzel wokół siebie. Cytując kumpla podobno „zgłębianie arkan tożsamości mojej, by posprzątać w sobie nie jest mi potrzebne. Do twarzy mi w tym bałaganie, który w moim wykonaniu jest niczym kropla rosy na źdźble trawy, pierwszego dnia wiosny - krystaliczny i spotykany rzadko w takiej postaci.” W nieładzie czasem łatwiej odnaleźć siebie.


A za moment znów uciekam w stronę natury. Bo spotkanie z przyrodą stanie się niedługo dla nas jak kontakt ze społecznością majspejsową, gdy masz miliard 'przyjaciół' i najfajniejsze w tych znajomościach jest to, że nigdy się z nimi nie spotykasz... ;)


sobota, 1 sierpnia 2009

Proces zmiany asymetrii


Dziś przebudziłam się przed 6 rano, kiedy blady świt zerkał jeszcze nieprzytomnie w zaspane okna. Inwazja promieni słonecznych na poduszkę wyrysowała wzór, na którym skupiłam całą swoją uwagę. Obrazek abstrakcyjny, za którym podążałam dłonią, widząc w tym działaniu emocję nieważką i szansę na zmaterializowanie marzeń. Jeszcze bez planu, bez kształtu, bez nazwy, ale pragnień stabilnych, w połamanym rytmie dnia. Przeciągnęłam się leniwie, ubrana jedynie w aksamit pościeli. Ten mój własny mikroświat stał się miejscem, które smakowałam w geście indywidualnego zaproszenia.


I've learned to love the quiet moments, the Sunday mornings of life...


Od teraz wyciszona i pewniej stąpająca po gruncie codzienności, już nie biegnę na oślep, nie płynę bezwolnie. W pochodzie wielobarwnych istnień ludzkich, pokładam nadzieję w tych, którzy patrzą mi w oczy, potrafią chwycić za dłoń, porwać nieoczekiwanie i nieustannie zaskakiwać. Tylko tym, że po prostu są. Istnieję dla spraw realnych, którym można zawierzyć i oddać się bezwiednie.


Nie muszę już w cichej akceptacji i pokoju wspomagać ludzi w wędrówce na wyżej usytuowane tereny ducha. To pomysł jednak dość szalony i wypalający. Zwłaszcza, gdy moje działania brutalnie mąci syntetyczna wręcz obojętność. Wówczas wskaźnik oporu wobec prób kontaktu ze mną staje się wyższy, niż wskaźnik zezwalania. Wtedy zamieniam się w wektor jasnego wspomnienia.


Moje rozpaczliwe starania naprawy istniejącego stanu rzeczy, pragnienie zmian przy pomocy estetycznych i silnych impulsów, przestały mieć teraz kluczowe znaczenie. W tej bezsensownej procesji mentalnego paraliżu, pozbyłam się z siebie nie-mojego, porzuciłam święte przekonanie o tym, że nasza planeta i my – ziemianie, jesteśmy dziełem doskonałym. Oczywiście, że wciąż noszę w swoim umyśle zbiory sprzecznych czasem twierdzeń, wątpliwości i pytań, które drgają i kotłują się we mnie. One napływają w kalejdoskopie szaro-burych barw i nieokreślonych kształtów, kumulują się i męczą czasem okrutnie. Jednak przestałam się nimi dzielić.


when my grey turns to yellow...


Nigdy nie musiałam się określać poprzez słowa. Chciałam być i trwać tylko dla sytuacji i ludzi, którzy mnie chcą i potrzebują, nawet gdy rozsadzam konwencje i uwieram w niewygodzie jak kanciaste krzesło. Wtedy, gdy gładkie i delikatne myśli chowam w kieszeń. Chłostana emocją i policzkowana słowem, nie obawiam się stawiać prawdy na ostrzu noża. Taki to już koloryt lokalny podwórka eM, dziedzicznie uwolnionej od opinii ludzkich.


Moje działania materializują się w wyborach, których dokonuję. I decyzjach, za które biorę odpowiedzialność. Czasami jest to prosta zdolność do akceptacji konieczności, a czasami bardziej zdecydowane posunięcia. Zawsze realizuję jednak rzeczywistość wykrojoną z miłości. Ciepłej i orzeźwiającej, jak letni deszcz. Stale i niezmiennie. I nigdy tego nie zmienię, choćby po to, by wyjść z prostych ram myślenia o świecie. By wymagać od siebie i innych. I nie ważne czy te działania czemuś służą...


Przecież to, jak wygląda nasze życie i relacje ze światem, jest odpowiedzią na nasze postępowanie. Dostajemy tyle, ile oferujemy. A o drugiego człowieka trzeba dbać, dawać mu poczucie zainteresowania i ciepła z naszej strony, by mógł się tym nasycić, od tego wewnętrznie rosnąć. Czasami wystarczy posłuchać wspólnie z nim ciszy. Albo pochylić się nad nim, gdy słabnie, bez niepotrzebnej rozwałki w głowie i werbalnej szermierki. Tak to widzę, czuję i odbieram, wszystkimi swoimi zmysłami. Każdy, kto odnajdzie w sobie odrobinę dziecka to potrafi. Będzie instynktownie czuł jak kochać i szanować innych bezwarunkowo, nie oczekując cudu w zamian.


Ale tego nie da się nauczyć, tego nie można udawać. Można się z tym urodzić albo to w sobie wypracować. Wystarczy zmienić dysproporcje między „chcieć” a „móc”. Zamiana słowa w ciało nie niesie ze sobą konieczności zmiany priorytetów i wywrócenia wszystkiego do góry nogami. Jak w talii kart...


...a zwłaszcza na tej z wizerunkiem waleta karo, którą znalazłam na łotewskiej ziemi i noszę ją w portfelu ze świadomością, że symbolizuje kogoś, kto ma ten sam habitus i energię co ja...



niedziela, 3 maja 2009

Na odcinku naszego życia rysuje się wciąż Jej obraz doskonały. Jak to jest, gdy Ona jest i co by było gdyby Jej na ziemskim padole nie było. Nieskończenie wielkiej, rajskiej, krystalicznej, nieskazitelnej. Tej, która jest jak kilkudniowy kaprys, jak romantyczna fantazja, nagłe pożądanie, jak impresja malarza. Jak złudzenie i wystygłe przyzwyczajenie. Jak pewny podmuch wiatru i przegapiona chwila, na którą czeka się całe życie. Bez kresu, dna, umiaru, bez tchu. Niewinna, bez bolesnej rany ego, która w Niej krwawi.

Dla Niej niesenność cudowna we dwoje. Jest dostojna, piękna, niewinna, uduchowiona i czysta. To Ona godzi się na cierpienie i tęsknotę. Usypia rozsądek i wdraża w życie uczucie świeżości i wszechogarniającego szczęścia. Wytycza kierunek działania. Scala duszę i serce w doskonałej dyscyplinie. Taka właśnie jest. Odtruwa zmysły, emocje i sprawia, że rozkwitają. To Ona wyodrębnia intencję, która odbija się potem w uczynkach.

Dla Niej usta moje i ciepło dłoni. Kapłanka w bieli, nobliwa, cierpliwa i obezwładniająca. Muza poetów i artystów. Nieskończona i wieczna, będąca początkiem i końcem wszystkiego co (nie)ziemskie. Forma trwała i boska. Odradzająca się wciąż w nas na nowo, jak raj utracony. Mijająca godzina i czas pomnażają Jej wartość w intymnej harmonii Jej istoty. A potem wszystko zaczyna się od początku, raz jeszcze.

Uczymy się Jej na nowo, w chwili ciszy, refleksji. Uczymy się, by nie siebie, a Ją wynosić ponad prawdę. Chcemy rytmiczne, objawiające i pewne zdania oraz słowa przejrzyste, zatopić głęboko, by ując ukochaną osobę czymś bardziej konkretnym od słów. Jej pragnienie zazwyczaj czyni z nas tarczę, gdy już jesteśmy blisko celu...

Spętani strachem boimy się jej i w tym lęku akceptujemy. Nie zadajemy pytań, bezwolnie trwamy w nadziei na to, ze samoistnie coś się zmieni. Odzyskujemy siłę tworząc, gdy cały świat zatrzymuje się na jedno nasze spojrzenie, słowo, czy gest. Jednak czym jest moc bez potwierdzenia. Ostatecznie niewolą naszą staje się brak odwagi podjęcia ryzyka prostego gestu, w obawie o zniszczenie harmonii doskonałej. Z jednej strony niespodziewane, nieznane, inne, ale ten dysonans!

Budzi się w nas uśpione dotąd marzenie tej drugiej połowy, prawie tak samej, tej, która wyłoniła się, którą można utulić całą sobą i zatracić się w niej do bólu. Chcemy zobaczyć brzeg, kwiat, coś trwałego, czego nie będziemy się bali utracić. Gdy padające na wodę odbicie krajobrazu załamuje się, ulotność fal to urozmaica. Kontemplujemy na brzegu wizję, doskonałą, którą przemienia miłosne pragnienie. Przemienia w to, czego szukaliśmy.

Złaknieni pieszczoty uświadamiamy sobie, że nie możemy przyjmować jedynie adoracji, bo „cierpiał będzie każdy kto wielbi samotnie i będzie chciał tylko, by inni wielbili”...A przecież istotą miłości jest dialog, gest obdarowywania sobą, w każdej słonecznej i deszczowej chwili dnia.


'Only one life that soon is part, only what's done with love will last'

('Tylko jedno jest życie, które wkrótce minie, tylko to, co z miłością zrobione, nie zginie')


sobota, 25 kwietnia 2009

******I am gonna shine, gonna shine******


Emocjonalno-liryczna petarda poranka
Klik Klik



JUST FOR TODAY

Just for today
I will not worry what tomorrow will bring
I’m gonna try something new and walk through this day
Like I’ve got nothing to prove
Although I have the best intentions
I can't predict anyones reactions
So I’ll just do my best
I'll put one foot in front of the other
Keep on moving forward
And let God do the rest

I don’t know what’s gonna happen
That’s alright with me
I open up my arms and I embrace the mystery

Just for today
I’m telling the truth like it's going out of style
I'm gonna swallow my pride and be who I am
And I don’t care who don’t like it
I feel the fear but I do it anyway
I won't let it stand in the way
I know what I must do
There’s no guarantee that it’ll be easy
But I know that it’ll be fulfilling
And it's time for me to show improve

It’s okay not to know
Exploration is how we grow
It’s ok to not have the answer
Cuz sometimes
It’s the question that matters


piątek, 24 kwietnia 2009

Esencjonalny scenariusz „dzisiaj”...


Po dniu kociego kwiku, skryłam się pod wiatą przystankową w oczekiwaniu na środek komunikacji miejskiej. Autobus nie nadjeżdżał, więc skuszona aurą wiosenną skierowałam się na Kazimierz. Natychmiast, spontanicznie, bez namysłu. By pomilczeć w duchu i poleżeć na trawie, zastanawiając się nad sensem sensu. Nie szukać odpowiedzi na mądrze zadane pytania. Poczuć bez-wolność w tej niecodziennej eskapadzie.

Pojechałam tam, gdzie jestem ja. Prawdziwie nierealna, delikatna, nie-zachłanna. Na ścianie jasno-popielatego nieba schludne i pulchne chmurki goniły w stronę słońca. Zastygła w atawistycznej sytości , nie czułam głodu, zimna i zmęczenia. W kazimierskim pejzażu chłonęłam to, co krystalizowało się w doskonałym rozkwicie. Melodyjny podmuch wiatru poruszał niesymetryczną zielenią. W tę podróż wyruszył ze mną pisio napotkany po drodze. Beżowy, milczący, z ufnym spojrzeniem snuł się za mną jak zapach Edenu. I przysiadł posłusznie obok, gdy wylegiwałam się na oblanej zielenią ziemi, ożywionej polnymi kwiatami.

Zamknęłam oczy...

Gdybyśmy potrafili być uważni i patrzeć, jak on, ten mądry towarzysz dnia, o którym wiedziałam tylko tyle, że do kogoś należy. Był zadbany, lśniący, ale z nostalgią w oczach... Wiedziałam, że już za chwile za nim zatęsknię - kiedy ja będę tam, a on zostanie tu.

Myślałam o przemijaniu i nieuchwytnej chwili tego popołudnia. O festiwalu „Dwa brzegi” i działaniach Sambora Dudzińskiego, od których niektórzy dostają wypieków na twarzy. Nigdy nie słuchałam takiej muzyki i "białych” głosów, ale oczarowana słowami „Chce do ciebie, nic więcej” miałam w pamięci gęste, soczyste dźwięki piana w początkowej frazie tego muzycznego miodu. „Chcę usiąść i słuchać, być blisko...” Te dźwięki i słowa stały się metafizyczną częścią dnia i rozkwitały w ciągu ostatnich godzin we mnie jak pąki drzew. Nie chciały się odczepić i odejść grzecznie. Zupełnie jak ten zwierzak uroczy. Stały się ilustracyjne, wieloznaczne, podane z tak dużą swobodą, lekkością oraz dreszczem. „To dużo i mało i wszystko...”.Wspomagały mnie w wędrówce na nieznane tereny wtajemniczenia.

Ta podróż stała się antidotum na umęczone błędy codzienności i mijające chwile, które przechowujemy na twardym dysku pamięci... Takie momenty pomagają w budowaniu siebie, przerabianiu spraw, które wymagają przepracowania. Stopiona z bezdźwięcznym powietrzem obserwowałam ten leniwy zgiełk, który zlewał się z ciszą i porywającą dynamiką świata. Kolejny dzień... lecz nie ten sam, bo z nałożonym na widok świata różowym filtrem.

Smakuje mi ta opowieść...


poniedziałek, 13 kwietnia 2009

Jakość „Ja”...

W obecnych czasach, kiedy w dość przewlekły sposób dokucza nam nieistotność, każdy próbuje nabrać znaczenia, zaznaczyć swoją odrębność, wykazać się w unikalny, nieuchwytny sposób. Czy bycie „jakimś” jest umowną potrzebą, czy wręcz koniecznością w kulturze prowincjonalnej rzeczywistości?

Niedawno dostałam tekst "Mieć to coś, czyli rozważania o stylu”. Pitzo, z którym podskórnie niemal rozumiemy się w odbieraniu uwielbionej przez nas muzyki, w topiku swoim rozpisuje się o poszukiwaniu pazura i charakteru w tańcu. Profesjonalnie, zgrabnie, ciekawie, zaskakująco.

Rozważania swoje zaczyna od słów: „Pewien polski jazzman, podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych, a dokładniej – w jednym z Nowo Orleańskich klubów nocnych, podczas improwizowanej sesji muzycznej, usłyszał od jednego z czarnoskórych członków bandu – You Swing Like Brother”… Dla słowiańskiego muzyka, takie słowa w samej kolebce jazzu prawdopodobnie znaczyły więcej, niż setki certyfikatów renomowanych szkół artystycznych…”.

Taki wstępniak jest jak najbardziej słuszny, a dla mnie osobiście sentymentalny i miły. Zwłaszcza, że rzecz przypomina jakby historyjkę z życia mojego taty, zwanego Tito. Zazdroszczę Mu do dziś podobnego uznania w oczach czarnego muzyka, a wyrażonego w jednym zdaniu: „You are one of us & play like brotha" (tak to chyba dokładnie brzmiało). Życzę każdemu równie barwnej anegdoty.

Swego czasu, będąc jeszcze w wieku wczesnoszkolnym, obserwowałam działania ojczulka, kiedy grając pływał swobodnie po falach muzycznych niuansów, generując magiczne rytmy. Pozostawiał tym właściwe dla mojej duszy wrażenia. Jeździłam z Nim po Europie, by tę konkretną, celną i nieustającą kanonadę bębnów obserwować. Wiedziałam już czym jest muzyczny ogień. Każda odsłona inna, ekstremalna, dawkowana z umiarem, dyskretnie i esencjonalnie lub z dzikością, zaostrzającą apetyt na więcej.

Dziś, kiedy myślę o wyobraźni w muzyce, odwołuję się do spontanicznych aktów twórczych. Własnego sposobu wykonawczego, który nadaje jakość, unikalność temu, co artysta (wolę określenie - ten, który coś kreuje), powinien przekazywać. Żeby nie stracić na wiarygodności musi być prawdziwy i konsekwentny w tym co robi. Można poddawać się pewnym zasadom, ale w mojej ocenie mają one jedynie wyznaczyć odpowiedni kierunek. Dziś nie zastanawiam się więc, jak poprawiać parametry wokalne, czy warsztat plastyczny, ale jak w duchu prawdy o sobie ukazać swoją duszę, wnętrze i skalę dostępnych zmysłom przeżyć. W jednorodnym i spójnym klimacie.

Tej odwagi w przekraczaniu siebie wciąż się uczę, by nigdy nie pójść na kompromis z festynem i nie otrzeć się o kicz...


PS. W linku Pickowe wynurzenia godne polecenia ( zwłaszcza dla tancerzy ), do poczytania w wolnej chwili.



sobota, 11 kwietnia 2009

For a break through...

Przykryta chłodnym dreszczem nagiego życia, patrzę na świat zasnuty szarawą jasnością w przeddzień wielkanocny.

Niebo niezdecydowane - czy przepuścić wiązkę promieni słonecznych, czy może spaść deszczem wprost na nasze wydeptane ścieżki wykolejonych myśli.

Przywołuję zapach chwil, w których czułam wewnętrzny spokój...

Mój system duchowy był na tyle stabilny i silny, że nie było w nim miejsca na piętrzące się wątpliwości, tyle ważnych pytań, w których zatapiam się co dnia...

W oddali widzę rozmyte spojrzenia, dłonie, gesty, listy...

Słucham gospel, spijając z tych słów świetlisty przekaz.


Jest w tym mistyka doznań i minionych przeżyć...


"Rise within us...

Rise with healing...healing in your wings

We're ready....

We're desparate...

We're calling...

We're longing... for you... Holy Spirit

For a... break through..."


wtorek, 7 kwietnia 2009

Wiosenna arytmia

Ściśnięta i poukładana jak sardynka w puszce, w wielkomiejskim autobusowym turkotaniu, przemieściłam się do miejsca, gdzie wiatr szeptał najczulsze słowa, a szum liści pieścił zmysły. Nasyciłam przestrzeń brzmieniem wiosennych myśli , zatracając się w monotonii godziny i odgłosach przyrody. Na policzku poczułam elektryczne ciepło. Moja tęcza posprzeczała się ze słońcem, że tak bezwstydnie zagląda w błękit mych przymrużonych oczu. Podziwiałam ten pięknie udekorowany świat i w cichym zatrzymaniu... walczyłam o swoją osobność.


Nie miałam pojęcia w którą stronę zmierzam, ale z hipnotycznym zacięciem szłam przed siebie. Jakiś marzycielski koloryt nadany spotkaniu ze sobą sprawił, ze z mojej przepastnej pamięci, niczym lawa, wypływały wspomnienia. Każde słowo jest śmiertelne i wyraża jakiś porządek, ale szczególność zamknięta w danych chwilach jest wieczna. Dynamika tego popołudnia uzmysłowiła mi co miało i ma dla mnie niezmierzoną wartość. Poświęciłam teraźniejszość przeszłości, by poprzez nazywanie zrozumieć jaka jest...eM; teraz, po przejściu mrocznej i zmaterializowanej lekcji cierpienia. Dojrzalsza? Silniejsza? Zapewne. Wciąż eMocjonalna, eMpatyczna i dostrzegająca najdrobniejsze niuanse codzienności. Zjadłam jabłko, które sobie po drodze zorganizowałam. Czy owoc może definiować świat? Mój tak... zwłaszcza soczysty.


Rozpięta między trawami sztaluga plenerowa pewnie osiadła na posypanym piaskiem podłożu. Barwy palety przejęły władzę nad zmysłami, pozostawiając mnie w ekspresyjnym akcie twórczym. Jednym ruchem mogłam wszystko zamazać, zburzyć i zakłócić wszelki porządek. Chciałam obnażyć jakieś ludzkie wnętrze, sportretować piękno lub ułomność, troskliwie i starannie skrywaną w zastygającej farbie. Jednak polowanie na obiekt żywy, który chciałby 2 godziny spędzić na pozowaniu, zakończyło się fiaskiem. Nienaturalnie powykręcany był tylko pień, ale z nim ciężko się dogadać. W oddali, między drzewami dostrzegłam parę zakochanych. Od razu przyszedł mi na myśl sms, który dostałam 3 dni temu od przyjaciela: „jeśli pocałuje Cię królewicz z homologacją, to nie ma obaw, że zamienisz się w żabę”.


Zamknęłam na chwile oczy, by zobaczyć to co niedostrzegalne. Wzięłam głęboki oddech i w mgnieniu oka ten obraz pokrył się krajobrazem jednolitym. W pejzażu, który powstawał, dojrzałam Nadzieję w pastelowej sukience. Ta nadzieja była we mnie. I w jednej chwili zorientowałam się, że na blejtram uczuć przelałam... siebie. Siebie z całą organiczną zgodą na wszystko, co mnie otacza. Zajrzałam w mechanizm mojego świata, odrzucając sposób dotychczasowego działania. Skostniały on co prawda nigdy nie był, ale wymagał małego liftingu. Martwe rytuały codzienności na wiosnę zmieniają się na naszych oczach. Wychylają się nieśmiało przez okno i chcą nabrać znaczenia, chcą być zauważone. I ja nie chcę być jak Krzysztof Kolumb, który odkrył coś, o czym wcześniej wiedziały miliony.


Zastygłam tak w sytości i pragnieniu, pozostawiając siebie z tymi myślami, gdy nagle zastała mnie szarość wieczoru.


I znikłam pod miękkim płaszczem nocy.




sobota, 7 marca 2009

...to be still...

W pokoiku zaaranżowanym twórczo, nazwanym kiedyś przemądrze 'nowym paradygmatem organizacji przestrzennej' kłębi się sterta filmów, płyt, książek i obrazów. Sztaluga lekko przykurzona statycznie spogląda na mnie oczami mężczyzny namalowanego przez przyjaciółkę z Holandii. To mój azyl, duchowy i intymny świat. Miasto za oknem oddycha mrokiem zimowego wieczoru. Niebo spada śnieżnym puchem. Jest prawie 1 w nocy. Osiągnięcie językowej pełni możliwe jest tylko w takim miejscu i w tych okolicznościach. Natchnieniem może być postać jajogłowego Crypto, czy bladolica gejsza, którą dostałam od brata bliźniaka, kiedy odkrywał Japonię. Chwila, wspomnienie, muzyka, czyli coś, co potrafi rozmontować...


Słuchałam wewnętrznego głosu, jak zaklętego szeptu lasu, który mówił mi, że nie jest to pora na relacje ze światem. Oferowania siebie, podawania opowieści ulepionej ze słów, poruszenia powietrza swoją obecnością. Jeszcze nie teraz...


Ale nie potrafię błogosławić nudy, nawet przez chwile, choć festiwalowe przygotowania tak dają mi w kość, że odsypiałam 16 h. Zwykle taką ilością snu jestem w stanie obdzielić cały spracowany tydzień. Ale skarcona przez „dream team” organizacyjny 'Wiosny Gospel' zostałam zmuszona do leżakowania i stanu hibernacji.


Jednak dziś, kiedy usłyszałam przez telefon: „jak nic nie napiszesz, to skradnę Twoje słowa i użyje w swoich tekstach” , postanowiłam wybudzić się z niebytu literackiego. Pokraśniałam i zasiadłam przed monitor. Słowa gęste i nabrzmiałe niczym parne powietrze opisują ulotne często wrażenia.


Zamiast kawy – słodka herbata.

Zamiast wina – owocowa guma do żucia

Zamiast życia – terapeutyczny monolog i poufne wynurzenia.


Szeptem, który momentami przeradza się w krzyk poszukuję czegoś ważnego i nieuchwytnego w oplatającej mnie codzienności. Tonem konsekwentnym, upartym i momentami rozpaczliwym chce czegoś, co istnieje we mnie samej, ale często nie może stamtąd wyjść. Ujawnia się w różnych bezpiecznych dla mnie sytuacjach i gaśnie jak wypalony znicz, którego płomień nie jest podsycany. Rozumiem co jest piękne i ważne, ale każdego dnia, z silnym postanowieniem coś morduje we mnie obecność human-bytu wewnętrznego, który jest jedyną prawdą. To on zaszczepia we mnie spontaniczną radość z każdego dnia i wiarę w to, co podobno nie istnieje. Czy nadaję się przez to na jarmark odmieńców, bo bronię człowieka, którego mam w sobie i nie chce go unicestwić?


Wierzę...


Wierzę, że gdzieś musi być zalążek idealnego świata, radość z bycia sobą i ze sobą. Wierzę w istotność, sensowność swoich działań. Spijam to, co dobre z oceanu moich pragnień. Jednocześnie wiem, że zawsze będę szukać i potrzebować czegoś, czego nie będę się bała utracić, co będzie wieczne i prawdziwe. Jestem ukierunkowana na odnalezienie i budowanie szczęścia w sobie...and I still be...


SHORTy post scriptum

W czwartek po pracy wsiadłam do wyziębionego busa i pojechałam na stołeczny hit „Romeo i Julia”, złakniona romantyzmu w wersji dramatic. Zamiast tego otrzymałam Julię ubierającą się u Diora i u Prady oraz Orłosia informującego w Teleexpressie o jej śmierci. Czekałam aż zwolnienie akcji mnie ujmie, a przyspieszenie porwie. Na próżno. Choć młodym wokalistom talentu i uroku odmówić nie można.

Jednak kiedy koledzy Romeo nakazali mu „wyobracać jakieś laski, bo wygląda jak weteran samogwałtu”, musiałam się zastanowić „jak to w oryginale leciało”.

Jego nastoletnie pytania były chyba czymś więcej, niż problemem z niepohamowaną erekcją! Odpowiedzi na potrzebę miłości szukał zupełnie gdzie indziej. On potrzebował spokoju, dotlenienia, a nie przesilenia, ujawniającego się skądinąd w pejzażu fabuły. Prawdziwego uczucia, snucia życia w opowieści... w opowieści o niej, czyli wyśnionej Julii.


Niech twórców tego musicalowego przedsięwzięcia strzegą zastępy święte za swoiste profanum, którego się dopuścili. Ale skoro tylko w tak brawurowy sposób można przybliżyć dzieło Szekspira młodemu pokoleniu, to niech im będzie...


Nie dostałam romantyzmu, po który pojechałam, a trujący ogryzek i pozostałość po finezyjnej opowieści inicjacyjnej. Zostałam wychłostana werbalnie. Ale za to otrzymałam końcową, malowniczą scenę tańca w deszczu, dla której warto było się tam znaleźć.


Nie można umierać piękniej, niż umierać... z miłości...



niedziela, 1 lutego 2009

Revolutionary Road

„Droga do szczęścia” nie należy do tych produkcji, które cudownie i przyjemnie masują nasze neurony. To brutalna prawda o kondycji współczesnego życia stawiająca pytania:

Czy próba odczarowania młodzieńczej niewinności i pragnień jest naiwnością?

Dlaczego marzenie o lepszym życiu, o spełnieniu ma być mrzonką, naiwnym planem?

Do czego prowadzi mała, bezpieczna stabilizacja i rutyna?


Czyżby wiwisekcja społeczeństwa?

Chyba tak, i chyba nie tylko amerykańskiego....


Uderzające, dobrowolne wyrzekanie się własnej wolności, indywidualnych dążeń do szczęścia zostało pokazane w tak dramatyczny, dosadny i mocny sposób, że seans dławił, uwierał i utrzymywał mnie w totalnym napięciu...

Fabułę zaledwie nakreślę...

OnFrank Wheeler ( Leo Di Caprio) – urzędnik, który wykonuje bezsensowną i nudną pracę, zadowala się przygodnymi romansikami dla zabicia pustki, której doświadcza w codziennym życiu

OnaApril Wheeler (fenomenalna w tej roli Kate Winslet)- „kura domowa” i średnio zdolna aktorka, marząca o wielkiej namiętności, karierze i lepszej wizji życia, pozbawionego banału.


Dla podkreślenia przeciętności, szarości i odcieni nudy April jest niemal odarta z makijażu. Usta, niekiedy pomalowane intensywną czerwienią, są próbą odwrócenia uwagi od jej oczu, wypełnionych zwątpieniem, bólem, ale jednocześnie żarem i iskierką nadziei na odmianę losu.

Oboje skutecznie maskują frustrację. Nie mogąc znieść nijakości, jaka ich otacza, decydują się na wyjazd do Paryża. W Europie będą mogli rozwijać swoje pasje, podążając za marzeniami, wolni od konsumpcyjnej i kapitalistycznej Ameryki. Od wszelkich norm i ustalonego porządku. "I wanna feel things...really feel them" - mówi Frank. Lecz co się dzieje dalej?


Wszyscy udają, że nie udają...


Szlachetny pesymizm bijący z ekranu od pierwszych sekwencji filmu nie daje szansy na happy end. Początkowa euforia po podjęciu życiowej decyzji o zmianie, przeradza się w dołujące i sączące z minuty na minutę uczucie przygnębienia i opresji. Na drodze do szczęścia staje awans Franka, wizja pozornej odmiany oraz lęk przed nieznanym i nowym. Opowieść prowadzona tempem powolnym, cały swój dynamizm zyskuje w doskonałych, wielowymiarowych i mocnych dialogach.

Film nasycony obrazami i tak wyrazistą, a jednocześnie oszczędną grą Winslet - rozdrapaną wewnętrznie, nieszczęśliwą i pragnącą wyrwać się z utartej konwencji - dosłownie wstrząsa. W jej grze wszystko nabiera znaczeń dodatkowych, ukrytych. Jej bunt jest stłumiony, choć wewnętrznie ukazuje się jako rozhisteryzowana, na skraju załamania, kobieta.

Emocja zaklęta w dramatycznym milczeniu, pokazana w minimalistyczny, pozbawiony ozdobników sposób, ma ogromną siłę rażenia.

Za próbę życia zgodnie ze sobą April płaci najwyższą cenę, a dołujące uczucie niespełnienia ma tragiczne konsekwencje dla wszystkich.

Film demaskuje prywatną rozpacz i życie będące pomiętą kartką papieru, która może przynieść albo ważny przekaz albo nieczytelny, zamazany, nagryzmolony banał.

Najpyszniejsze w tym wszystkim jest poczucie sensowności tego, co wygłasza John, syn „przyjaciół” Wheelerów, określany mianem chorego psychicznie dewianta. Jednak purytańska Ameryka miażdży lub traktuje elektrowstrząsami wszystko co jest odmienne, indywidualne, szczególne. Jego intensywnie narzucająca się podskórność i to co wygłasza zdaje się być jedynie słuszną prawdą. Ale inność oznacza społeczny ostracyzm i to co mówi odbierane jest jako majaczenia wariata.

Ani przez moment nie czułam, ze to co wygłasza jest przesolone. Sceny z jego udziałem są jednym z mocniejszych akcentów filmu.


Droga do szczęścia to wstrząsające, odurzające kino.


Podglądając obrazki z życia Wheelerów nie trudno oprzeć się słusznemu twierdzeniu, że prawdziwa doskonałość człowieka wyraża się w poszukiwaniu sensu i szczęścia. Przez całe życie dążymy do wydobycia z siebie najlepszych działań, myśli, pragnień. Ale co dalej?

Jedyne co jest w stanie utrzymać nas w pionie, zachować zdrową kondycje to wypracowanie swojej wewnętrznej rzeczywistości, dostępnej tylko sobie.

Jest jeszcze rozum i mądrość, która wyraża się też w pełnym rozeznaniu w sytuacji, ocenie układu sił, szans i możliwości. Mądrość dalekowzroczna, przewidująca, pełna poświecenia, a zarazem odważna.

Chcemy uniknąć „zmasowienia” myśli i spłycenia świadomości, sprowadzenia nas do bycia przeciętnym klonem i banalnym elementem w tłumie. I możemy to osiągnąć. Pamiętajmy jednak o tym, że „lepsze może się okazać wrogiem dobrego”


Nasze marzenia nie muszą pójść na dno... jak Titanic.



niedziela, 18 stycznia 2009

Przemyślenia w cieniu świec...

W piwnicy, przesiąkniętej zapachem butwienia dostrzegłam zapiski z młodości. Jakieś niepojęte dyrdymały, myśli nieuczesane, jak odgryziony paznokieć stały w kącie, zakurzone i porzucone.

Hmm, czy to możliwe, że kiedyś tak pisałam? Ta miękkość, lekkość, szczerość, ale i naiwność:). Uśmiech zagościł na mojej twarzy, a po nim niejedna ołowiana łza wzruszenia. Nie mogłam odlepić się od wspomnień. Z perspektywy czasu dostrzegamy chwile i sytuacje jako jeszcze piękniejsze, niż w istocie były...Zaczytałam się w nich i nie chciałam przestać...

Czasami wystarczy wyciszyć myśli, wychylić nos poza to, co poznane, zafundować sobie dzień leniucha, przestać nerwowo spoglądać za siebie...nie patrzeć na pochód tych wszechobecnych wrażeń i emocji, które sprawiają, ze tracimy kontakt ze sobą...

Po nieustannej wymianie sprzecznych fluidów ze światem, postanowiłam przez chwile pomilczeć; poleżakować, poleniuszyć, porozgrzeszać się z głupot, wyrzucić myśli, którym towarzyszą te oceaniczne rozlewiska niepokoju. Wyznaczyłam sobie taki nastrój na łikend i jest mi z nim dobrze. Zaparzyłam kawę...czekoladowo-pomarańczowo-migdałową, „pobudzacz” z ziarnistych 'owoców' życia, przesmacznie aromatyczny. Zapach małej czarnej wypełnił swoją obecnością mały pokój i zajął wszystkie moje zmysły.

Kiedy tak delektowałam się jej smakiem zaczęłam rozmyślać o tożsamości. Czy w warunkach gwałtownie zmieniającego się środowiska życia codziennego spójność i trwałość w tworzeniu jasnej koncepcji siebie staje się problemem? Człowiek miewa tak wiele społecznych jaźni własnego JA, jak wiele jest grup osób, na których mu zależy. Na ogół w każdej z grup ukazuje inną stronę samego siebie. Czy to oznacza, że relacje społeczne są zawsze w mniejszym lub większym stopniu inscenizacją.? Hmm. Dla mnie chyba jednak teatrem nie są...


Tożsamość niedookreślona


Droga do osiągnięcia tożsamości i odczarowania nijakości jest długa..zależy od poziomu otwarcia na nowe, ale może być też usiana krętymi ścieżkami, które sprawiają, ze błądzimy. Pomyślałam, że ludzie w pełni świadomi siebie, powinni mieć zdolność do wykrywania tego, co w osobowości jest fałszywe i nieuczciwe. Żeby trafnie i wnikliwie odbierać innych, trzeba jednak najpierw poznać siebie.

Dawno nie czułam tak słonecznej wolności, która nie wprawiałaby mnie w poczucie chłodu, a nakręcała do poszukiwań, snucia planów i czynienia ważnych podsumowań. Jednym słowem realna praca twórcza, służąca właśnie zorientowaniu się w sobie.

Związki międzyludzkie, duchowa i emocjonalna bliskość jest tym, co nadaje życiu wartość i co w istocie pcha mnie w moich działaniach do przodu....Czerpie z tych świeżych ocen i odbiegających od schematu opinii inspirację, a z doświadczeń siłę.


Tożsamość rozproszona


Są takie teksty, które są jakby zaprzeczeniem mnie samej. Czasami wolałabym mówić, niż być czytaną, ale słowa skreślone na kartce są precyzyjnym wywodem i często dość intymnym. Zdarzają się teksty, gdzie z każdym kolejnym słowem jestem w stanie podważyć poprzednie, rozpraszając czytelnika, ale chyba najbardziej siebie samą. Skąd ta skrajność?

Wyprowadzam słowo z równowagi, co sprawia, że źle się czuję w jego obecności. Tekst nie jest skrojony na miarę, uwiera, nie daje spokoju, dlatego kiedy go napisze, nie zawsze ujrzy światło dzienne.

Są też wywody, których nie czuję, nie odnoszę się do nich z należytym pietyzmem, bo nie pochodzą jakby od prawdziwej mnie, nie są integralną częścią mojej osobowości, mojej tożsamości. Ale skoro już się pojawiają, to potem dogrzebuje się w nich ukrytych znaczeń. Są próbą wyrzucenia z siebie stanów i emocji, których nie lubię. Są jak grypa z powikłaniami. Zrodzone z chwilowej bezsilności i żalu. Czuje się po nich mentalnie obolała i pokonana przez podstępną emocję. Potem zagłębiam się w każdą linijkę z nadzieją, że zobaczę coś, czego nie napisałam albo zobaczę za dużo myśli, których nie chciałabym widzieć. Pogrożę sobie palcem niedbale, od niechcenia i wymamroczę w duchu:„Ale sobie nagadałam. Koń by się uśmiał”...

To rozproszona w działaniach i słowie tożsamość, nad którą muszę popracować!


Tożsamość odroczona


Zdarzają się i w moim życiu chwile, które powodują, że zamykam się na świat zewnętrzny. Nie potrafię się skupić, nie chce pracować, spać, jeść, nie mogę nawet poukładać i zebrać myśli. Nic nie mieści się wówczas w harmonogramie moich planów i działań. To jest jakby tożsamość odroczona. Aktywność własną sprowadzam do podstawowych czynności – "nicnierobienia", w porównaniu do działań, które zwykłam uprawiać od świtu do zmierzchu. Nawet 4-godzinna próba gospelowego grania sprawia wówczas, ze przez chwilę "My soul says Yes!", a już dzień później "My mind says No!"...

To potrzeba odosobnienia i zdystansowania się do rzeczywistości. Jestem wtedy w stanie znieść samotność bez najmniejszej szkody dla siebie....

Potrzebuje tych przeżyć ekstatycznych, a nawet mistycznych, by utrzymać wewnętrzny dystans i doświadczać więcej i mocniej. Suche rejestrowanie faktów i zjawisk to zupełnie nie ja.


Tożsamość nadana


Postanowiłam, że nie będę się kłaniać w pas obrazkom małej wiary, bo cała siła tkwi w nadawaniu głębi wszystkiemu, co jest w moim życiu ważne i istotne. Muzyce, tańcu, pisaniu, malowaniu, gotowaniu i może nawet zmywaniu... hmm. By nie smakowało jak szpitalna zupa, która z założenia dobra być nie może.

Nie cenię sobie kontaktów powierzchownych, pragmatycznych, a autentyczne, szczere i wartościowe relacje.

Nie, nie kręci mnie już tak osiąganie sukcesów, a raczej uczynienie sukcesu z życia...

Nie chce być niemym świadkiem i poddawać się temu, co życie niesie samo. W mojej egzystencji nie może ujawniać się zamęt, nieład, niespójność lub konflikt.

Osiągnięcia owszem. Są ważne i miałam ich na tyle dużo, że chętnie obdzielę nimi ze 4 życiorysy. Ale... nie o to, zupełnie nie o to... Bo teraz oto jest miejsce na...


... Tożsamość osiągniętą


Zaczęłam traktować swoje potrzeby poważnie. Przyjrzałam się sobie i własnej zawartości, by pewne rzeczy i mało sensowne relacje ze światem wyciąć, na nowo decydując kim chce być...

To proces nieustający, aż do osiągnięcia magicznej chwili, kiedy wejdę w sens każdego pojedynczego dnia.

Przyjemność i obowiązek inwestowania w swój rozwój, rozglądanie się po linii krajobrazu, wyprawa do serca to jest to, czego teraz potrzebuje. Osiągnięcie szczytu pragnień, który razi swoim ogromem, ale jednocześnie kusi mistyką obiecanych przeżyć...


Tak więc tożsamość osiągana jest nieustającym procesem, poszukiwaniem w t(ł)oku..., gdyż musi się gdzieś ukrywać esencja życia, odkryta dopiero po osiągnięciu tożsamości kompletnej...