
Magdalena eM Chojnacka butla ze szczęściem powinna eksplodować równo o 5:00 nad ranem...
poniedziałek, 8 czerwca 2009
niedziela, 3 maja 2009
Na odcinku naszego życia rysuje się wciąż Jej obraz doskonały. Jak to jest, gdy Ona jest i co by było gdyby Jej na ziemskim padole nie było. Nieskończenie wielkiej, rajskiej, krystalicznej, nieskazitelnej. Tej, która jest jak kilkudniowy kaprys, jak romantyczna fantazja, nagłe pożądanie, jak impresja malarza. Jak złudzenie i wystygłe przyzwyczajenie. Jak pewny podmuch wiatru i przegapiona chwila, na którą czeka się całe życie. Bez kresu, dna, umiaru, bez tchu. Niewinna, bez bolesnej rany ego, która w Niej krwawi.
Dla Niej niesenność cudowna we dwoje. Jest dostojna, piękna, niewinna, uduchowiona i czysta. To Ona godzi się na cierpienie i tęsknotę. Usypia rozsądek i wdraża w życie uczucie świeżości i wszechogarniającego szczęścia. Wytycza kierunek działania. Scala duszę i serce w doskonałej dyscyplinie. Taka właśnie jest. Odtruwa zmysły, emocje i sprawia, że rozkwitają. To Ona wyodrębnia intencję, która odbija się potem w uczynkach.
Dla Niej usta moje i ciepło dłoni. Kapłanka w bieli, nobliwa, cierpliwa i obezwładniająca. Muza poetów i artystów. Nieskończona i wieczna, będąca początkiem i końcem wszystkiego co (nie)ziemskie. Forma trwała i boska. Odradzająca się wciąż w nas na nowo, jak raj utracony. Mijająca godzina i czas pomnażają Jej wartość w intymnej harmonii Jej istoty. A potem wszystko zaczyna się od początku, raz jeszcze.
Uczymy się Jej na nowo, w chwili ciszy, refleksji. Uczymy się, by nie siebie, a Ją wynosić ponad prawdę. Chcemy rytmiczne, objawiające i pewne zdania oraz słowa przejrzyste, zatopić głęboko, by ując ukochaną osobę czymś bardziej konkretnym od słów. Jej pragnienie zazwyczaj czyni z nas tarczę, gdy już jesteśmy blisko celu...
Spętani strachem boimy się jej i w tym lęku akceptujemy. Nie zadajemy pytań, bezwolnie trwamy w nadziei na to, ze samoistnie coś się zmieni. Odzyskujemy siłę tworząc, gdy cały świat zatrzymuje się na jedno nasze spojrzenie, słowo, czy gest. Jednak czym jest moc bez potwierdzenia. Ostatecznie niewolą naszą staje się brak odwagi podjęcia ryzyka prostego gestu, w obawie o zniszczenie harmonii doskonałej. Z jednej strony niespodziewane, nieznane, inne, ale ten dysonans!
Budzi się w nas uśpione dotąd marzenie tej drugiej połowy, prawie tak samej, tej, która wyłoniła się, którą można utulić całą sobą i zatracić się w niej do bólu. Chcemy zobaczyć brzeg, kwiat, coś trwałego, czego nie będziemy się bali utracić. Gdy padające na wodę odbicie krajobrazu załamuje się, ulotność fal to urozmaica. Kontemplujemy na brzegu wizję, doskonałą, którą przemienia miłosne pragnienie. Przemienia w to, czego szukaliśmy.
Złaknieni pieszczoty uświadamiamy sobie, że nie możemy przyjmować jedynie adoracji, bo „cierpiał będzie każdy kto wielbi samotnie i będzie chciał tylko, by inni wielbili”...A przecież istotą miłości jest dialog, gest obdarowywania sobą, w każdej słonecznej i deszczowej chwili dnia.
'Only one life that soon is part, only what's done with love will last'
('Tylko jedno jest życie, które wkrótce minie, tylko to, co z miłością zrobione, nie zginie')
sobota, 25 kwietnia 2009
******I am gonna shine, gonna shine******
Emocjonalno-liryczna petarda poranka Klik Klik
JUST FOR TODAY
Just for today
I will not worry what tomorrow will bring
I’m gonna try something new and walk through this day
Like I’ve got nothing to prove
Although I have the best intentions
I can't predict anyones reactions
So I’ll just do my best
I'll put one foot in front of the other
Keep on moving forward
And let God do the rest
I don’t know what’s gonna happen
That’s alright with me
I open up my arms and I embrace the mystery
Just for today
I’m telling the truth like it's going out of style
I'm gonna swallow my pride and be who I am
And I don’t care who don’t like it
I feel the fear but I do it anyway
I won't let it stand in the way
I know what I must do
There’s no guarantee that it’ll be easy
But I know that it’ll be fulfilling
And it's time for me to show improve
It’s okay not to know
Exploration is how we grow
It’s ok to not have the answer
Cuz sometimes
It’s the question that matters
piątek, 24 kwietnia 2009
Esencjonalny scenariusz „dzisiaj”...
Po dniu kociego kwiku, skryłam się pod wiatą przystankową w oczekiwaniu na środek komunikacji miejskiej. Autobus nie nadjeżdżał, więc skuszona aurą wiosenną skierowałam się na Kazimierz. Natychmiast, spontanicznie, bez namysłu. By pomilczeć w duchu i poleżeć na trawie, zastanawiając się nad sensem sensu. Nie szukać odpowiedzi na mądrze zadane pytania. Poczuć bez-wolność w tej niecodziennej eskapadzie.
Pojechałam tam, gdzie jestem ja. Prawdziwie nierealna, delikatna, nie-zachłanna. Na ścianie jasno-popielatego nieba schludne i pulchne chmurki goniły w stronę słońca. Zastygła w atawistycznej sytości , nie czułam głodu, zimna i zmęczenia. W kazimierskim pejzażu chłonęłam to, co krystalizowało się w doskonałym rozkwicie. Melodyjny podmuch wiatru poruszał niesymetryczną zielenią. W tę podróż wyruszył ze mną pisio napotkany po drodze. Beżowy, milczący, z ufnym spojrzeniem snuł się za mną jak zapach Edenu. I przysiadł posłusznie obok, gdy wylegiwałam się na oblanej zielenią ziemi, ożywionej polnymi kwiatami.
Zamknęłam oczy...
Gdybyśmy potrafili być uważni i patrzeć, jak on, ten mądry towarzysz dnia, o którym wiedziałam tylko tyle, że do kogoś należy. Był zadbany, lśniący, ale z nostalgią w oczach... Wiedziałam, że już za chwile za nim zatęsknię - kiedy ja będę tam, a on zostanie tu.
Myślałam o przemijaniu i nieuchwytnej chwili tego popołudnia. O festiwalu „Dwa brzegi” i działaniach Sambora Dudzińskiego, od których niektórzy dostają wypieków na twarzy. Nigdy nie słuchałam takiej muzyki i "białych” głosów, ale oczarowana słowami „Chce do ciebie, nic więcej” miałam w pamięci gęste, soczyste dźwięki piana w początkowej frazie tego muzycznego miodu. „Chcę usiąść i słuchać, być blisko...” Te dźwięki i słowa stały się metafizyczną częścią dnia i rozkwitały w ciągu ostatnich godzin we mnie jak pąki drzew. Nie chciały się odczepić i odejść grzecznie. Zupełnie jak ten zwierzak uroczy. Stały się ilustracyjne, wieloznaczne, podane z tak dużą swobodą, lekkością oraz dreszczem. „To dużo i mało i wszystko...”.Wspomagały mnie w wędrówce na nieznane tereny wtajemniczenia.
Ta podróż stała się antidotum na umęczone błędy codzienności i mijające chwile, które przechowujemy na twardym dysku pamięci... Takie momenty pomagają w budowaniu siebie, przerabianiu spraw, które wymagają przepracowania. Stopiona z bezdźwięcznym powietrzem obserwowałam ten leniwy zgiełk, który zlewał się z ciszą i porywającą dynamiką świata. Kolejny dzień... lecz nie ten sam, bo z nałożonym na widok świata różowym filtrem.
Smakuje mi ta opowieść...
sobota, 18 kwietnia 2009
poniedziałek, 13 kwietnia 2009
Jakość „Ja”...
W obecnych czasach, kiedy w dość przewlekły sposób dokucza nam nieistotność, każdy próbuje nabrać znaczenia, zaznaczyć swoją odrębność, wykazać się w unikalny, nieuchwytny sposób. Czy bycie „jakimś” jest umowną potrzebą, czy wręcz koniecznością w kulturze prowincjonalnej rzeczywistości?
Niedawno dostałam tekst "Mieć to coś, czyli rozważania o stylu”. Pitzo, z którym podskórnie niemal rozumiemy się w odbieraniu uwielbionej przez nas muzyki, w topiku swoim rozpisuje się o poszukiwaniu pazura i charakteru w tańcu. Profesjonalnie, zgrabnie, ciekawie, zaskakująco.
Rozważania swoje zaczyna od słów: „Pewien polski jazzman, podczas swojego pobytu w Stanach Zjednoczonych, a dokładniej – w jednym z Nowo Orleańskich klubów nocnych, podczas improwizowanej sesji muzycznej, usłyszał od jednego z czarnoskórych członków bandu – You Swing Like Brother”… Dla słowiańskiego muzyka, takie słowa w samej kolebce jazzu prawdopodobnie znaczyły więcej, niż setki certyfikatów renomowanych szkół artystycznych…”.
Taki wstępniak jest jak najbardziej słuszny, a dla mnie osobiście sentymentalny i miły. Zwłaszcza, że rzecz przypomina jakby historyjkę z życia mojego taty, zwanego Tito. Zazdroszczę Mu do dziś podobnego uznania w oczach czarnego muzyka, a wyrażonego w jednym zdaniu: „You are one of us & play like brotha" (tak to chyba dokładnie brzmiało). Życzę każdemu równie barwnej anegdoty.
Swego czasu, będąc jeszcze w wieku wczesnoszkolnym, obserwowałam działania ojczulka, kiedy grając pływał swobodnie po falach muzycznych niuansów, generując magiczne rytmy. Pozostawiał tym właściwe dla mojej duszy wrażenia. Jeździłam z Nim po Europie, by tę konkretną, celną i nieustającą kanonadę bębnów obserwować. Wiedziałam już czym jest muzyczny ogień. Każda odsłona inna, ekstremalna, dawkowana z umiarem, dyskretnie i esencjonalnie lub z dzikością, zaostrzającą apetyt na więcej.
Dziś, kiedy myślę o wyobraźni w muzyce, odwołuję się do spontanicznych aktów twórczych. Własnego sposobu wykonawczego, który nadaje jakość, unikalność temu, co artysta (wolę określenie - ten, który coś kreuje), powinien przekazywać. Żeby nie stracić na wiarygodności musi być prawdziwy i konsekwentny w tym co robi. Można poddawać się pewnym zasadom, ale w mojej ocenie mają one jedynie wyznaczyć odpowiedni kierunek. Dziś nie zastanawiam się więc, jak poprawiać parametry wokalne, czy warsztat plastyczny, ale jak w duchu prawdy o sobie ukazać swoją duszę, wnętrze i skalę dostępnych zmysłom przeżyć. W jednorodnym i spójnym klimacie.
Tej odwagi w przekraczaniu siebie wciąż się uczę, by nigdy nie pójść na kompromis z festynem i nie otrzeć się o kicz...
PS. W linku Pickowe wynurzenia godne polecenia ( zwłaszcza dla tancerzy ), do poczytania w wolnej chwili.
sobota, 11 kwietnia 2009
For a break through...
Przykryta chłodnym dreszczem nagiego życia, patrzę na świat zasnuty szarawą jasnością w przeddzień wielkanocny.
Niebo niezdecydowane - czy przepuścić wiązkę promieni słonecznych, czy może spaść deszczem wprost na nasze wydeptane ścieżki wykolejonych myśli.
Przywołuję zapach chwil, w których czułam wewnętrzny spokój...
Mój system duchowy był na tyle stabilny i silny, że nie było w nim miejsca na piętrzące się wątpliwości, tyle ważnych pytań, w których zatapiam się co dnia...
W oddali widzę rozmyte spojrzenia, dłonie, gesty, listy...
Słucham gospel, spijając z tych słów świetlisty przekaz.
Jest w tym mistyka doznań i minionych przeżyć...
"Rise within us...
Rise with healing...healing in your wings
We're ready....
We're desparate...
We're calling...
We're longing... for you... Holy Spirit
For a... break through..."
wtorek, 7 kwietnia 2009
Wiosenna arytmia
Ściśnięta i poukładana jak sardynka w puszce, w wielkomiejskim autobusowym turkotaniu, przemieściłam się do miejsca, gdzie wiatr szeptał najczulsze słowa, a szum liści pieścił zmysły. Nasyciłam przestrzeń brzmieniem wiosennych myśli , zatracając się w monotonii godziny i odgłosach przyrody. Na policzku poczułam elektryczne ciepło. Moja tęcza posprzeczała się ze słońcem, że tak bezwstydnie zagląda w błękit mych przymrużonych oczu. Podziwiałam ten pięknie udekorowany świat i w cichym zatrzymaniu... walczyłam o swoją osobność.
Nie miałam pojęcia w którą stronę zmierzam, ale z hipnotycznym zacięciem szłam przed siebie. Jakiś marzycielski koloryt nadany spotkaniu ze sobą sprawił, ze z mojej przepastnej pamięci, niczym lawa, wypływały wspomnienia. Każde słowo jest śmiertelne i wyraża jakiś porządek, ale szczególność zamknięta w danych chwilach jest wieczna. Dynamika tego popołudnia uzmysłowiła mi co miało i ma dla mnie niezmierzoną wartość. Poświęciłam teraźniejszość przeszłości, by poprzez nazywanie zrozumieć jaka jest...eM; teraz, po przejściu mrocznej i zmaterializowanej lekcji cierpienia. Dojrzalsza? Silniejsza? Zapewne. Wciąż eMocjonalna, eMpatyczna i dostrzegająca najdrobniejsze niuanse codzienności. Zjadłam jabłko, które sobie po drodze zorganizowałam. Czy owoc może definiować świat? Mój tak... zwłaszcza soczysty.
Rozpięta między trawami sztaluga plenerowa pewnie osiadła na posypanym piaskiem podłożu. Barwy palety przejęły władzę nad zmysłami, pozostawiając mnie w ekspresyjnym akcie twórczym. Jednym ruchem mogłam wszystko zamazać, zburzyć i zakłócić wszelki porządek. Chciałam obnażyć jakieś ludzkie wnętrze, sportretować piękno lub ułomność, troskliwie i starannie skrywaną w zastygającej farbie. Jednak polowanie na obiekt żywy, który chciałby 2 godziny spędzić na pozowaniu, zakończyło się fiaskiem. Nienaturalnie powykręcany był tylko pień, ale z nim ciężko się dogadać. W oddali, między drzewami dostrzegłam parę zakochanych. Od razu przyszedł mi na myśl sms, który dostałam 3 dni temu od przyjaciela: „jeśli pocałuje Cię królewicz z homologacją, to nie ma obaw, że zamienisz się w żabę”.
Zamknęłam na chwile oczy, by zobaczyć to co niedostrzegalne. Wzięłam głęboki oddech i w mgnieniu oka ten obraz pokrył się krajobrazem jednolitym. W pejzażu, który powstawał, dojrzałam Nadzieję w pastelowej sukience. Ta nadzieja była we mnie. I w jednej chwili zorientowałam się, że na blejtram uczuć przelałam... siebie. Siebie z całą organiczną zgodą na wszystko, co mnie otacza. Zajrzałam w mechanizm mojego świata, odrzucając sposób dotychczasowego działania. Skostniały on co prawda nigdy nie był, ale wymagał małego liftingu. Martwe rytuały codzienności na wiosnę zmieniają się na naszych oczach. Wychylają się nieśmiało przez okno i chcą nabrać znaczenia, chcą być zauważone. I ja nie chcę być jak Krzysztof Kolumb, który odkrył coś, o czym wcześniej wiedziały miliony.
Zastygłam tak w sytości i pragnieniu, pozostawiając siebie z tymi myślami, gdy nagle zastała mnie szarość wieczoru.
I znikłam pod miękkim płaszczem nocy.
sobota, 7 marca 2009
...to be still...
W pokoiku zaaranżowanym twórczo, nazwanym kiedyś przemądrze 'nowym paradygmatem organizacji przestrzennej' kłębi się sterta filmów, płyt, książek i obrazów. Sztaluga lekko przykurzona statycznie spogląda na mnie oczami mężczyzny namalowanego przez przyjaciółkę z Holandii. To mój azyl, duchowy i intymny świat. Miasto za oknem oddycha mrokiem zimowego wieczoru. Niebo spada śnieżnym puchem. Jest prawie 1 w nocy. Osiągnięcie językowej pełni możliwe jest tylko w takim miejscu i w tych okolicznościach. Natchnieniem może być postać jajogłowego Crypto, czy bladolica gejsza, którą dostałam od brata bliźniaka, kiedy odkrywał Japonię. Chwila, wspomnienie, muzyka, czyli coś, co potrafi rozmontować...
Słuchałam wewnętrznego głosu, jak zaklętego szeptu lasu, który mówił mi, że nie jest to pora na relacje ze światem. Oferowania siebie, podawania opowieści ulepionej ze słów, poruszenia powietrza swoją obecnością. Jeszcze nie teraz...
Ale nie potrafię błogosławić nudy, nawet przez chwile, choć festiwalowe przygotowania tak dają mi w kość, że odsypiałam 16 h. Zwykle taką ilością snu jestem w stanie obdzielić cały spracowany tydzień. Ale skarcona przez „dream team” organizacyjny 'Wiosny Gospel' zostałam zmuszona do leżakowania i stanu hibernacji.
Jednak dziś, kiedy usłyszałam przez telefon: „jak nic nie napiszesz, to skradnę Twoje słowa i użyje w swoich tekstach” , postanowiłam wybudzić się z niebytu literackiego. Pokraśniałam i zasiadłam przed monitor. Słowa gęste i nabrzmiałe niczym parne powietrze opisują ulotne często wrażenia.
Zamiast kawy – słodka herbata.
Zamiast wina – owocowa guma do żucia
Zamiast życia – terapeutyczny monolog i poufne wynurzenia.
Szeptem, który momentami przeradza się w krzyk poszukuję czegoś ważnego i nieuchwytnego w oplatającej mnie codzienności. Tonem konsekwentnym, upartym i momentami rozpaczliwym chce czegoś, co istnieje we mnie samej, ale często nie może stamtąd wyjść. Ujawnia się w różnych bezpiecznych dla mnie sytuacjach i gaśnie jak wypalony znicz, którego płomień nie jest podsycany. Rozumiem co jest piękne i ważne, ale każdego dnia, z silnym postanowieniem coś morduje we mnie obecność human-bytu wewnętrznego, który jest jedyną prawdą. To on zaszczepia we mnie spontaniczną radość z każdego dnia i wiarę w to, co podobno nie istnieje. Czy nadaję się przez to na jarmark odmieńców, bo bronię człowieka, którego mam w sobie i nie chce go unicestwić?
Wierzę...
Wierzę, że gdzieś musi być zalążek idealnego świata, radość z bycia sobą i ze sobą. Wierzę w istotność, sensowność swoich działań. Spijam to, co dobre z oceanu moich pragnień. Jednocześnie wiem, że zawsze będę szukać i potrzebować czegoś, czego nie będę się bała utracić, co będzie wieczne i prawdziwe. Jestem ukierunkowana na odnalezienie i budowanie szczęścia w sobie...and I still be...
SHORTy post scriptum
W czwartek po pracy wsiadłam do wyziębionego busa i pojechałam na stołeczny hit „Romeo i Julia”, złakniona romantyzmu w wersji dramatic. Zamiast tego otrzymałam Julię ubierającą się u Diora i u Prady oraz Orłosia informującego w Teleexpressie o jej śmierci. Czekałam aż zwolnienie akcji mnie ujmie, a przyspieszenie porwie. Na próżno. Choć młodym wokalistom talentu i uroku odmówić nie można.
Jednak kiedy koledzy Romeo nakazali mu „wyobracać jakieś laski, bo wygląda jak weteran samogwałtu”, musiałam się zastanowić „jak to w oryginale leciało”.
Jego nastoletnie pytania były chyba czymś więcej, niż problemem z niepohamowaną erekcją! Odpowiedzi na potrzebę miłości szukał zupełnie gdzie indziej. On potrzebował spokoju, dotlenienia, a nie przesilenia, ujawniającego się skądinąd w pejzażu fabuły. Prawdziwego uczucia, snucia życia w opowieści... w opowieści o niej, czyli wyśnionej Julii.
Niech twórców tego musicalowego przedsięwzięcia strzegą zastępy święte za swoiste profanum, którego się dopuścili. Ale skoro tylko w tak brawurowy sposób można przybliżyć dzieło Szekspira młodemu pokoleniu, to niech im będzie...
Nie dostałam romantyzmu, po który pojechałam, a trujący ogryzek i pozostałość po finezyjnej opowieści inicjacyjnej. Zostałam wychłostana werbalnie. Ale za to otrzymałam końcową, malowniczą scenę tańca w deszczu, dla której warto było się tam znaleźć.
Nie można umierać piękniej, niż umierać... z miłości...
niedziela, 1 lutego 2009
Revolutionary Road
„Droga do szczęścia” nie należy do tych produkcji, które cudownie i przyjemnie masują nasze neurony. To brutalna prawda o kondycji współczesnego życia stawiająca pytania:
Czy próba odczarowania młodzieńczej niewinności i pragnień jest naiwnością?
Dlaczego marzenie o lepszym życiu, o spełnieniu ma być mrzonką, naiwnym planem?
Do czego prowadzi mała, bezpieczna stabilizacja i rutyna?
Czyżby wiwisekcja społeczeństwa?
Chyba tak, i chyba nie tylko amerykańskiego....
Uderzające, dobrowolne wyrzekanie się własnej wolności, indywidualnych dążeń do szczęścia zostało pokazane w tak dramatyczny, dosadny i mocny sposób, że seans dławił, uwierał i utrzymywał mnie w totalnym napięciu...
Fabułę zaledwie nakreślę...
On – Frank Wheeler ( Leo Di Caprio) – urzędnik, który wykonuje bezsensowną i nudną pracę, zadowala się przygodnymi romansikami dla zabicia pustki, której doświadcza w codziennym życiu
Ona – April Wheeler (fenomenalna w tej roli Kate Winslet)- „kura domowa” i średnio zdolna aktorka, marząca o wielkiej namiętności, karierze i lepszej wizji życia, pozbawionego banału.
Dla podkreślenia przeciętności, szarości i odcieni nudy April jest niemal odarta z makijażu. Usta, niekiedy pomalowane intensywną czerwienią, są próbą odwrócenia uwagi od jej oczu, wypełnionych zwątpieniem, bólem, ale jednocześnie żarem i iskierką nadziei na odmianę losu.
Oboje skutecznie maskują frustrację. Nie mogąc znieść nijakości, jaka ich otacza, decydują się na wyjazd do Paryża. W Europie będą mogli rozwijać swoje pasje, podążając za marzeniami, wolni od konsumpcyjnej i kapitalistycznej Ameryki. Od wszelkich norm i ustalonego porządku. "I wanna feel things...really feel them" - mówi Frank. Lecz co się dzieje dalej?
Wszyscy udają, że nie udają...
Szlachetny pesymizm bijący z ekranu od pierwszych sekwencji filmu nie daje szansy na happy end. Początkowa euforia po podjęciu życiowej decyzji o zmianie, przeradza się w dołujące i sączące z minuty na minutę uczucie przygnębienia i opresji. Na drodze do szczęścia staje awans Franka, wizja pozornej odmiany oraz lęk przed nieznanym i nowym. Opowieść prowadzona tempem powolnym, cały swój dynamizm zyskuje w doskonałych, wielowymiarowych i mocnych dialogach.
Film nasycony obrazami i tak wyrazistą, a jednocześnie oszczędną grą Winslet - rozdrapaną wewnętrznie, nieszczęśliwą i pragnącą wyrwać się z utartej konwencji - dosłownie wstrząsa. W jej grze wszystko nabiera znaczeń dodatkowych, ukrytych. Jej bunt jest stłumiony, choć wewnętrznie ukazuje się jako rozhisteryzowana, na skraju załamania, kobieta.
Emocja zaklęta w dramatycznym milczeniu, pokazana w minimalistyczny, pozbawiony ozdobników sposób, ma ogromną siłę rażenia.
Za próbę życia zgodnie ze sobą April płaci najwyższą cenę, a dołujące uczucie niespełnienia ma tragiczne konsekwencje dla wszystkich.
Film demaskuje prywatną rozpacz i życie będące pomiętą kartką papieru, która może przynieść albo ważny przekaz albo nieczytelny, zamazany, nagryzmolony banał.
Najpyszniejsze w tym wszystkim jest poczucie sensowności tego, co wygłasza John, syn „przyjaciół” Wheelerów, określany mianem chorego psychicznie dewianta. Jednak purytańska Ameryka miażdży lub traktuje elektrowstrząsami wszystko co jest odmienne, indywidualne, szczególne. Jego intensywnie narzucająca się podskórność i to co wygłasza zdaje się być jedynie słuszną prawdą. Ale inność oznacza społeczny ostracyzm i to co mówi odbierane jest jako majaczenia wariata.
Ani przez moment nie czułam, ze to co wygłasza jest przesolone. Sceny z jego udziałem są jednym z mocniejszych akcentów filmu.
„Droga do szczęścia” to wstrząsające, odurzające kino.
Podglądając obrazki z życia Wheelerów nie trudno oprzeć się słusznemu twierdzeniu, że prawdziwa doskonałość człowieka wyraża się w poszukiwaniu sensu i szczęścia. Przez całe życie dążymy do wydobycia z siebie najlepszych działań, myśli, pragnień. Ale co dalej?
Jedyne co jest w stanie utrzymać nas w pionie, zachować zdrową kondycje to wypracowanie swojej wewnętrznej rzeczywistości, dostępnej tylko sobie.
Jest jeszcze rozum i mądrość, która wyraża się też w pełnym rozeznaniu w sytuacji, ocenie układu sił, szans i możliwości. Mądrość dalekowzroczna, przewidująca, pełna poświecenia, a zarazem odważna.
Chcemy uniknąć „zmasowienia” myśli i spłycenia świadomości, sprowadzenia nas do bycia przeciętnym klonem i banalnym elementem w tłumie. I możemy to osiągnąć. Pamiętajmy jednak o tym, że „lepsze może się okazać wrogiem dobrego”
Nasze marzenia nie muszą pójść na dno... jak Titanic.
niedziela, 18 stycznia 2009
Przemyślenia w cieniu świec...
W piwnicy, przesiąkniętej zapachem butwienia dostrzegłam zapiski z młodości. Jakieś niepojęte dyrdymały, myśli nieuczesane, jak odgryziony paznokieć stały w kącie, zakurzone i porzucone.
Hmm, czy to możliwe, że kiedyś tak pisałam? Ta miękkość, lekkość, szczerość, ale i naiwność:). Uśmiech zagościł na mojej twarzy, a po nim niejedna ołowiana łza wzruszenia. Nie mogłam odlepić się od wspomnień. Z perspektywy czasu dostrzegamy chwile i sytuacje jako jeszcze piękniejsze, niż w istocie były...Zaczytałam się w nich i nie chciałam przestać...
Czasami wystarczy wyciszyć myśli, wychylić nos poza to, co poznane, zafundować sobie dzień leniucha, przestać nerwowo spoglądać za siebie...nie patrzeć na pochód tych wszechobecnych wrażeń i emocji, które sprawiają, ze tracimy kontakt ze sobą...
Po nieustannej wymianie sprzecznych fluidów ze światem, postanowiłam przez chwile pomilczeć; poleżakować, poleniuszyć, porozgrzeszać się z głupot, wyrzucić myśli, którym towarzyszą te oceaniczne rozlewiska niepokoju. Wyznaczyłam sobie taki nastrój na łikend i jest mi z nim dobrze. Zaparzyłam kawę...czekoladowo-pomarańczowo-migdałową, „pobudzacz” z ziarnistych 'owoców' życia, przesmacznie aromatyczny. Zapach małej czarnej wypełnił swoją obecnością mały pokój i zajął wszystkie moje zmysły.
Kiedy tak delektowałam się jej smakiem zaczęłam rozmyślać o tożsamości. Czy w warunkach gwałtownie zmieniającego się środowiska życia codziennego spójność i trwałość w tworzeniu jasnej koncepcji siebie staje się problemem? Człowiek miewa tak wiele społecznych jaźni własnego JA, jak wiele jest grup osób, na których mu zależy. Na ogół w każdej z grup ukazuje inną stronę samego siebie. Czy to oznacza, że relacje społeczne są zawsze w mniejszym lub większym stopniu inscenizacją.? Hmm. Dla mnie chyba jednak teatrem nie są...
Tożsamość niedookreślona
Droga do osiągnięcia tożsamości i odczarowania nijakości jest długa..zależy od poziomu otwarcia na nowe, ale może być też usiana krętymi ścieżkami, które sprawiają, ze błądzimy. Pomyślałam, że ludzie w pełni świadomi siebie, powinni mieć zdolność do wykrywania tego, co w osobowości jest fałszywe i nieuczciwe. Żeby trafnie i wnikliwie odbierać innych, trzeba jednak najpierw poznać siebie.
Dawno nie czułam tak słonecznej wolności, która nie wprawiałaby mnie w poczucie chłodu, a nakręcała do poszukiwań, snucia planów i czynienia ważnych podsumowań. Jednym słowem realna praca twórcza, służąca właśnie zorientowaniu się w sobie.
Związki międzyludzkie, duchowa i emocjonalna bliskość jest tym, co nadaje życiu wartość i co w istocie pcha mnie w moich działaniach do przodu....Czerpie z tych świeżych ocen i odbiegających od schematu opinii inspirację, a z doświadczeń siłę.
Tożsamość rozproszona
Są takie teksty, które są jakby zaprzeczeniem mnie samej. Czasami wolałabym mówić, niż być czytaną, ale słowa skreślone na kartce są precyzyjnym wywodem i często dość intymnym. Zdarzają się teksty, gdzie z każdym kolejnym słowem jestem w stanie podważyć poprzednie, rozpraszając czytelnika, ale chyba najbardziej siebie samą. Skąd ta skrajność?
Wyprowadzam słowo z równowagi, co sprawia, że źle się czuję w jego obecności. Tekst nie jest skrojony na miarę, uwiera, nie daje spokoju, dlatego kiedy go napisze, nie zawsze ujrzy światło dzienne.
Są też wywody, których nie czuję, nie odnoszę się do nich z należytym pietyzmem, bo nie pochodzą jakby od prawdziwej mnie, nie są integralną częścią mojej osobowości, mojej tożsamości. Ale skoro już się pojawiają, to potem dogrzebuje się w nich ukrytych znaczeń. Są próbą wyrzucenia z siebie stanów i emocji, których nie lubię. Są jak grypa z powikłaniami. Zrodzone z chwilowej bezsilności i żalu. Czuje się po nich mentalnie obolała i pokonana przez podstępną emocję. Potem zagłębiam się w każdą linijkę z nadzieją, że zobaczę coś, czego nie napisałam albo zobaczę za dużo myśli, których nie chciałabym widzieć. Pogrożę sobie palcem niedbale, od niechcenia i wymamroczę w duchu:„Ale sobie nagadałam. Koń by się uśmiał”...
To rozproszona w działaniach i słowie tożsamość, nad którą muszę popracować!
Tożsamość odroczona
Zdarzają się i w moim życiu chwile, które powodują, że zamykam się na świat zewnętrzny. Nie potrafię się skupić, nie chce pracować, spać, jeść, nie mogę nawet poukładać i zebrać myśli. Nic nie mieści się wówczas w harmonogramie moich planów i działań. To jest jakby tożsamość odroczona. Aktywność własną sprowadzam do podstawowych czynności – "nicnierobienia", w porównaniu do działań, które zwykłam uprawiać od świtu do zmierzchu. Nawet 4-godzinna próba gospelowego grania sprawia wówczas, ze przez chwilę "My soul says Yes!", a już dzień później "My mind says No!"...
To potrzeba odosobnienia i zdystansowania się do rzeczywistości. Jestem wtedy w stanie znieść samotność bez najmniejszej szkody dla siebie....
Potrzebuje tych przeżyć ekstatycznych, a nawet mistycznych, by utrzymać wewnętrzny dystans i doświadczać więcej i mocniej. Suche rejestrowanie faktów i zjawisk to zupełnie nie ja.
Tożsamość nadana
Postanowiłam, że nie będę się kłaniać w pas obrazkom małej wiary, bo cała siła tkwi w nadawaniu głębi wszystkiemu, co jest w moim życiu ważne i istotne. Muzyce, tańcu, pisaniu, malowaniu, gotowaniu i może nawet zmywaniu... hmm. By nie smakowało jak szpitalna zupa, która z założenia dobra być nie może.
Nie cenię sobie kontaktów powierzchownych, pragmatycznych, a autentyczne, szczere i wartościowe relacje.
Nie, nie kręci mnie już tak osiąganie sukcesów, a raczej uczynienie sukcesu z życia...
Nie chce być niemym świadkiem i poddawać się temu, co życie niesie samo. W mojej egzystencji nie może ujawniać się zamęt, nieład, niespójność lub konflikt.
Osiągnięcia owszem. Są ważne i miałam ich na tyle dużo, że chętnie obdzielę nimi ze 4 życiorysy. Ale... nie o to, zupełnie nie o to... Bo teraz oto jest miejsce na...
... Tożsamość osiągniętą
Zaczęłam traktować swoje potrzeby poważnie. Przyjrzałam się sobie i własnej zawartości, by pewne rzeczy i mało sensowne relacje ze światem wyciąć, na nowo decydując kim chce być...
To proces nieustający, aż do osiągnięcia magicznej chwili, kiedy wejdę w sens każdego pojedynczego dnia.
Przyjemność i obowiązek inwestowania w swój rozwój, rozglądanie się po linii krajobrazu, wyprawa do serca to jest to, czego teraz potrzebuje. Osiągnięcie szczytu pragnień, który razi swoim ogromem, ale jednocześnie kusi mistyką obiecanych przeżyć...
Tak więc tożsamość osiągana jest nieustającym procesem, poszukiwaniem w t(ł)oku..., gdyż musi się gdzieś ukrywać esencja życia, odkryta dopiero po osiągnięciu tożsamości kompletnej...
sobota, 10 stycznia 2009
Muzyka melodii niewypowiedzianych
***
Odkurzyłam piano...
Pierwszy dźwięk, pierwsze zdigitalizowane spojrzenie klawiatury na eM, pierwsza nuta, pierwszy dreszcz, intensywność G...(prawie jak Gräfenberga), minorowe b-molle, skale durowe, w półcieniu półton, za chwile„sekunda” wygrana mezzo forte....
Przyjemny dreszcz, skąpany w soulowym koktajlu; zamknięty w kluczu wiolinowym powiew melancholijnego krajobrazu i szaleństwa zarazem.
Wieczorny miód dla duszy, orzeźwiająca bryza, szron na roztańczonej trawie, oddech tymianku zaklęty w dźwięku, dźwięku wypełzającym z klawiatury do naszego spokojnego, zrównoważonego i pięknego świata.
Metrum czteromiarowe - konstruktor porządku - przywołuje zmysły, rozbudzone falą głodu...
Dzięki Niej, tak łagodnej i czystej muzycznej Harmonii, pozostaję w kontakcie z uczuciami...
Muzyka...
piątek, 9 stycznia 2009
NIE NALEWAJ Z PUSTEGO...
Księga wniosków, skarg, zażaleń.
Patrzę oczami mych okiennic na ulicę zanurzoną w czerwieni świateł. Odbijające się w śnieżnobiałym trawniku neony natchnęły mnie do rozważań. Mam zwyczaj nazywania wszystkiego w urwisowaty, przekorny sposób. Na pomarańczowe mówię różowe, o Picasso, ze to słynny polityk był, a zamiast faux pas mówię „fułaje”.Lubie ten wyraz lekkiej konsternacji na twarzy oraz zdziwienie w oczach moich rozmówców. A jeśli ktoś pomyli Whartona z Warholem to czy jest to dowód na ignorancję, czy znowu się tylko zgrywa...?Hmm. Tak naprawdę zmierzam do tego, że z literek możemy wytopić pomnik pomylonych interpretacji, sensów i zdarzeń...Władanie słowami to ważna, ale i odpowiedzialna umiejętność...
W związku z tym (choć nie jest on bezpośredni) przyszła mi do głowy taka oto smutna refleksja. Czym skończyłaby się próba uczynienia z naszego życia księgi wniosków, skarg i zażaleń całego świata. Takim chyba lekkim zażenowaniem i męką. Płaszczyzną do eksperymentu niech stanie się egzystencja eM. Wystawię swoją codzienność na żarłoczny apetyt rycerzyków, co w jasnej lśnią zbroi i pozwolę im skakać prosto do źrenic, w imię dobrej i słusznej sprawy, by mogli sięgać do najgłębszych zakamarków mojego Ja. By mogli konsumować każdą cześć mnie, niczym smaczne ciastko. Od czasu do czasu pozwolę też skopać się po jajkach, gdyż lubię jak puchną. Znajduję w tym rozkosz nieziemską. Tak jak Agnieszka Chylińska czyni z kupowania lekko krwistej polędwicy prawie seksualną przyjemność. Na ringu wszelkie chwyty dozwolone. Jeśli inaczej się nie da...Są różne sposoby na wybudzenie, otrzeźwienie, zmiany. Z wielką ochotą przyjmę też serię z pocisków, które z cichym i bezdusznym jękiem poszybują w moją stronę. W końcu jestem "misją"(lub emisją elektronów) wysłaną na ziemię, by np. ubarwiać, przyozdabiać i zmieniać życie innych, czyniąc je bardziej nadzwyczajnym i atrakcyjnym. W ramach rozrywki i dodatkowego bonusa mogą więc na mnie wyładować wszelkie swoje frustracje, gniew, problemy, emocje - te złe i te dobre. Śmiało. Nie krępujcie się ludzie. Przy okazji wezmę też na swoją głowę całe jestestwo wszystkich zainteresowanych. Poprowadzę za rączkę, pogłaszcze po główce. Będę waszym smutkiem, radością, nostalgią, powietrzem, nadzieją, wolnością, chwilą... że nawet w mojej bliskiej obecności zaczniecie odczuwać bolesną nienawiść do każdego centymetra, który Was ode mnie dzieli i przeklinać, że to tak krótko...ech...
Słowa, słowa, słowa... a siła ich rażenia zależy od tego jak je zinterpretujemy...
"Reaching for my dreams
And you're so quick to say what I can't do
You criticize my actions
But I don't see you standing in my shoes..."
"I'm 'going the wrong way'
I'm 'doing the wrong things'
Every word just gives me fuel
So come on, come on... Tell me NO, tell me NO !"
Nie przywykłam do faktu, że ktoś kontroluje moją codzienność, w sposób mniej lub bardziej inwazyjny lub jawny. Moja wrodzona upartość i to podwójne zaprzeczanie wszystkiemu, czyni próby urządzania mojego życia według rożnych wizji daremnymi. Nawet jeśli dają świeże i nowe spojrzenie na wiele spraw. Szerokość i dogłębność myślenia pozwala mi na to, że jestem w stanie sama pewne sprawy dostrzec, choć potrzebuje na to czasu i przestrzeni. I czasami jestem skłonna do zmiany stanowiska, czy kierunku myślenia. Jednak nawet ja nie analizuję każdej minuty mojego życia z taką zaciętością, pomimo natury myśliciela z dość filozoficznym usposobieniem. Konsekwencja moich wyborów i czynów jest dla mnie kwestią głęboko osobistą. Musi być więc dobrze przemyślana. Dlatego łaknę ciszy. Żeby zobaczyć w tym wszystkim siebie. Przyjąć zapowiedź zmian.
Życie to nie jest chwila pochwycona w biegu; trzeba mu się przyjrzeć i zaplanować zgodnie ze sobą. Skłaniam więc do namysłu(wszystkich, którzy próbują) czy takie działania są właściwą drogą, by do mnie dotrzeć? Nie jestem Sierotką Marysią, która pozwoli sobie wejść na głowę. Bliżej mi raczej do Zosi Samosi. Każdy ma prawa, ale i obowiązki wobec drugiej osoby, by szanować jej wybory i prywatność oraz tolerować to, jak żyje. Cudownie mieć Anioła Stróża, który za nami łazi i dba o nasze interesy. Zdarzyć się jednak może razu pewnego, że ów Anioł 'pozna' i prawdziwie spotka Tę, której słowa będą go unosiły, kształtowały i będzie się nimi upajał. A że Panna rzeczona będzie miała wszelkie cechy niezbędne do tego, by uwierzył: głowę na karku, wyobraźnię: ten rodzaj emocji i komunikowania się ze światem, któremu ów Rycerzyk oprzeć się nie będzie mógł, może być mu przykro, że wcześniej sypał jej solą między oczy, zamiast herbatę posłodzić miłym słowem. Wnoszę więc o większą świadomość sensowności swoich poczynań? Na przyszłość... gdyby jednak chciał taką Pannę kiedyś "spotkać", a nie tylko zobaczyć...
"I am not afraid to try it on my own
I don't care if I'm right or wrong
I'll live my life the way I feel
No matter what I'll keep it real you know
Time for me to do it on my own..."
"If you're making me feel bad
Then tell me then do you feel good?
I'm just human and all I'm doing
Is what my heart tells me I should
So come on, come on, tell me NO!"
To pisała Nieposkromiona Królewna „Ścieżka” z bajki romantycznej nr 19 (co zasiała razu pewnego ziarnko zastanowienia, które sukcesywnie poczęło kiełkować. Być może wypełniła sobą umysły, słowami zajęła myśli, uśmiechem dotknęła zmysłów, a swym istnieniem weszła w sam środek zatwardziałych serc, ale potrzebuje teraz chwili, by wsłuchać się w siebie...)
*********
Życie – uniwersytet wyrzeczeń
Wyrosłam już z pieluch i matczynej opieki. A to, co mam najcenniejsze, czyli własną indywidualność i osobowość, zawdzięczam sobie. Nie mogę jednak pominąć w tym procesie tworzenia siebie ważnych osób, które miały istotny wpływ na moje życie. Płonnym złudzeniem i nadzieją byłoby natomiast kształtowanie swoich uczuć według opinii innych, gdyż umarłabym głodna. Są to sprawy, które nakazują nam postępować tylko i wyłącznie według kardiologicznej wskazówki, własnego rozumu, obserwacji, ale i intuicji oraz doświadczeń. Serce musi dotknąć emocji, żeby sprawdzić, czy jest czysta, dobra, a dusza nie cierpi na jej nadmiar. Zdarza się, że ta emocja jest jasna, niczym pachnąca łąka kwiatów wiosną, ale nie zawsze to, czego pragniemy jest tym, czego potrzebujemy. I czasami niespełnienie marzeń bywa łutem szczęścia... czasami. Trudno nam wykraczać poza to co poznane, własne, oswojone i dobre. Moja umiejętność empatii i angażowania się w losy bliskich mi osób powinna mnie wyzwolić i pozwolić normalnie żyć, ale okazała się dla mnie największym zniewoleniem. Choć czasami mam wrażenie, że jestem niewolnikiem słusznej sprawy i daru, który nie każdy otrzymuje. Współodczuwam, patrzę głębiej, szanuje ludzi...i w ten sposób mogę kształtować, czy wpływać na zmianę postaw u innych (ale tylko jeśli tego chcą i potrzebują).
Staram się nie zaprzątać sobie głowy wydumanymi możliwościami. Ale nie leżę też w domu przykryta gazetą, kontemplując zastaną rzeczywistość, na którą nie mam wpływu. Nie prowadzę jakiejś bezsensownej walki z siłami natury. Zdarza się, że mentalnie uciekam i skręcam w nieznane, przekomarzam się z przypadkową, ale niezwykłą chwilą w moich romantycznych wędrówkach, by zaznać magii, której potrzebuję...
...bo parafrazując Dostojewskiego powiem: „czasami chodzi o to, by mieć prawo zapragnąć dla siebie czegoś choćby najgłupszego, niemożliwego lub nieosiągalnego. Przecie to nieosiągalne w istocie, zawiera w sobie to, co jest dla nas najważniejsze i najcenniejsze....”
Czasami chorujemy na brak podsumowań, bo tak bardzo potrzebne są puenty lub ciąg dalszy lub... cokolwiek, co byłoby czymś więcej...
wtorek, 6 stycznia 2009
Kobieta z wiatru utkana...
Leżała wtulona w puchową kołdrę. Rozbudzona w nieśmiałych marzeniach i uderzona impulsem prosto w serce, długo nie mogła przywołać snu. Jakby brama miłości, dotychczas zamknięta, miała ustąpić bez protestu. Przymknęła powieki, ciężkie i oblepione strzępami niepojętych wrażeń, uwędzonych w cierpkim sosie z rozterek i obaw. Ciało miała rozgrzane gorączką i w końcu znalazła się w objęciach Morfeusza. Gdy nastał sen spokojny, do wnętrza jej duszy i zakamarków wyobraźni wdarło się powracające pragnienie. Najczystsza myśl, miłość zatrzymanych wieków i jednej upajającej chwili. Nadeszła z zamiarem obecności na dłużej. A zaraz po niej to spojrzenie, które natychmiast utonęło w jej myślach.
Niczego nie oczekiwał, jednocześnie czekał na wszystko. Nie potrafił oddzielić pragnienia od zamiarów...
Jej dłonie zaczęły pieścić delikatnie i niepewnie kontur jego ust, w obawie, by nie zatrzeć ich gwałtowniejszym gestem. Była w posiadaniu całej przestrzeni niewypowiedzianych słów. Mogła go uciszyć lekkim, jedwabistym pocałunkiem, spijając sok z jego ust. Wtedy poczuł smak delicji i czystego raju. Potem długo sycili sobą wygłodniałe dusze... święci w swoim grzechu. Kobieta z wiatru utkana i mężczyzna nie z tego świata...
sobota, 3 stycznia 2009
Noworoczne przeobrażenia
Nieszczęścia chodzą czwórkami. Error fona, pralki, dzięki której moje ubrania są w rozmiarze S , jak 'skurczone' i zabarwione na tęczowo. Stan zdrowia co najmniej opłakany i mniej „bladowitości milczenja” - idąc za Bazi podsumowaniem co do moich obficie kwiecistych wyn(at)urzeń. Flirt wyobraźni z językiem rozgadanym i wycyzelowanym był zazwyczaj wyjściem mojego obszernego ducha poza ciało. Jednak ekshibicjonizm emocjonalny potrafi uśpić czujność. A w efekcie. Hmm. Pomilcze na ten temat.
Gdyby pisanie sprowadzało się do konkurencji, kto później postawi kropkę w zdaniu ośmiokrotnie złożonym, byłabym gdzieś w czołówce. Cóż. Tylko na moim kawałku internetu mogę sobie pozwolić na wysokie stężenie przymiotników, przekraczające dopuszczalną normę na metr kwadratowy. W gazecie muszę dynamizować napięcie międzywierszowe i skracać zdania do minimum. :)
Wobec tego dziś tylko ziemskie sprawy, słone cierpienie wilgotnych od kataru oczu, surli turli, lops drops. Pozostał mi w tej chwili płytki oddech oraz nieprzesłoniona gorączką kobiecość i zwiewność. Grypa wparowała do mojego życia nieproszona i wcale nie zamierza się stąd wynieść. To już drugi tydzień okupacji. Może ja czegoś nie doczytałam. Może te tabletki z założenia mają mnie dobić, a nie uzdrowić? Mój podręczny lekarz internetowy nie działa, więc jeśli do piątku nie zejdę z tego ziemskiego padołu, to znaczy, że przechytrzyłam wirusa.
Zastanawiam się jak długo można chorować i... wariować. Przenosić swoją cielesną powłokę z miejsca A w miejsce B, jak wazon ze zwiędniętą różą. Po tylu dniach zmagań z bakteriami mam anatomiczną potrzebę nowego nosa, mniej zasmarkanego. I potrzebę snu, który z kolei nie chce nadejść.
Przepraszam za nieodebrane telefony...(milczące trwanie, częściowo zapewnione przez error nieszczęścia numer 1 w dniu wczorajszym) i niespełnione obietnice...
Jedni do celu idą bezterminowo i trudniej, innym olśnienie natychmiast wyznacza właściwy kierunek. eM w dwójcy jedyna prawdziwa ( <------fenks Grzechu) ujawnia się dłużej, ale za to coraz pewniej i jaśniej poprzez głębsze, refleksyjne spojrzenie na własne życie. Mam czas, by na nowo zakumplować się ze sobą, zaprzyjaźnić z wyszeptaną do ucha myślą i opanować emocjonalny chaos.
Życie to (nie)sen i zaczynam siebie w nim coraz wyraźniej dostrzegać...
PS. Opatulona w kołdrę wyszperałam cytaty dwa, którymi chętnie się podzielę:
"Wszechświat obfituje we wszystko czego chcesz. Nie sprawdza cie. Życzliwie zaopatruje cie. Ale ty jesteś koordynatorem. Ty definiujesz, i robisz to przez swoje radosne oczekiwanie. Jeżeli jest jakieś uczucie, które powinieneś pielęgnować, które przyniesie ci bardzo wiele korzyści, to jest to pozytywne przewidywanie. To rozpalone oczekiwanie." (***Abraham***)
i w ingliszu
"The Universe is abundant with everything that you want. It's not testing you. It's benevolently providing for you. But you are the orchestrater. You are the definer, and you do it through your joyous anticipation. If there is an emotion that you are wanting to foster, that would serve you very, very well, it is positive expectation. It is excited anticipation" (***Abraham***)
"Poczuj siłę i świeżość twojego“teraz”: Rozszyfrowujesz kontrast. Wiesz czego chcesz. Wiesz czego nie chcesz. Wypuszczasz swoja „rakietę pragnienia” tego, czego chcesz i stoisz teraz w całkiem nowym świeżym miejscu. Pragniesz w świeży sposób czegoś, czego nigdy nie pragnęłaś wcześniej. I to właśnie jest życie. W tym nowym pragnieniu przywołujesz kolejną porcję Energii. Gdybyś tylko mogła delektować się teraz samym faktem posiadania pragnienia i gdybyś przestała usilnie próbować je spełnić w jakiejś fizycznej postaci, otrzymałabyś to" (***Abraham***)
wersja dla ambitnych
"Feel the power and the freshness of your "now": You decipher the contrast.You know what you don't want. You send out your rocket of desire of what you dowant, and now you stand in a fresh new place; you want in a fresh way that you have never wanted before. And that's what life is. In that fresh wanting, you summon another dose of Energy. If you can begin to savour the mere fact that you have desire right now, and you would stop trying so hard to have that desire be fulfilled and manifested in some physical format, then you would have it" (***Abraham***)


