“There are two ways to reach me: by way of kisses or by way of the imagination. But there is a hierarchy: the kisses alone don’t work.”/Anaïs Nin

wtorek, 7 kwietnia 2009

Wiosenna arytmia

Ściśnięta i poukładana jak sardynka w puszce, w wielkomiejskim autobusowym turkotaniu, przemieściłam się do miejsca, gdzie wiatr szeptał najczulsze słowa, a szum liści pieścił zmysły. Nasyciłam przestrzeń brzmieniem wiosennych myśli , zatracając się w monotonii godziny i odgłosach przyrody. Na policzku poczułam elektryczne ciepło. Moja tęcza posprzeczała się ze słońcem, że tak bezwstydnie zagląda w błękit mych przymrużonych oczu. Podziwiałam ten pięknie udekorowany świat i w cichym zatrzymaniu... walczyłam o swoją osobność.


Nie miałam pojęcia w którą stronę zmierzam, ale z hipnotycznym zacięciem szłam przed siebie. Jakiś marzycielski koloryt nadany spotkaniu ze sobą sprawił, ze z mojej przepastnej pamięci, niczym lawa, wypływały wspomnienia. Każde słowo jest śmiertelne i wyraża jakiś porządek, ale szczególność zamknięta w danych chwilach jest wieczna. Dynamika tego popołudnia uzmysłowiła mi co miało i ma dla mnie niezmierzoną wartość. Poświęciłam teraźniejszość przeszłości, by poprzez nazywanie zrozumieć jaka jest...eM; teraz, po przejściu mrocznej i zmaterializowanej lekcji cierpienia. Dojrzalsza? Silniejsza? Zapewne. Wciąż eMocjonalna, eMpatyczna i dostrzegająca najdrobniejsze niuanse codzienności. Zjadłam jabłko, które sobie po drodze zorganizowałam. Czy owoc może definiować świat? Mój tak... zwłaszcza soczysty.


Rozpięta między trawami sztaluga plenerowa pewnie osiadła na posypanym piaskiem podłożu. Barwy palety przejęły władzę nad zmysłami, pozostawiając mnie w ekspresyjnym akcie twórczym. Jednym ruchem mogłam wszystko zamazać, zburzyć i zakłócić wszelki porządek. Chciałam obnażyć jakieś ludzkie wnętrze, sportretować piękno lub ułomność, troskliwie i starannie skrywaną w zastygającej farbie. Jednak polowanie na obiekt żywy, który chciałby 2 godziny spędzić na pozowaniu, zakończyło się fiaskiem. Nienaturalnie powykręcany był tylko pień, ale z nim ciężko się dogadać. W oddali, między drzewami dostrzegłam parę zakochanych. Od razu przyszedł mi na myśl sms, który dostałam 3 dni temu od przyjaciela: „jeśli pocałuje Cię królewicz z homologacją, to nie ma obaw, że zamienisz się w żabę”.


Zamknęłam na chwile oczy, by zobaczyć to co niedostrzegalne. Wzięłam głęboki oddech i w mgnieniu oka ten obraz pokrył się krajobrazem jednolitym. W pejzażu, który powstawał, dojrzałam Nadzieję w pastelowej sukience. Ta nadzieja była we mnie. I w jednej chwili zorientowałam się, że na blejtram uczuć przelałam... siebie. Siebie z całą organiczną zgodą na wszystko, co mnie otacza. Zajrzałam w mechanizm mojego świata, odrzucając sposób dotychczasowego działania. Skostniały on co prawda nigdy nie był, ale wymagał małego liftingu. Martwe rytuały codzienności na wiosnę zmieniają się na naszych oczach. Wychylają się nieśmiało przez okno i chcą nabrać znaczenia, chcą być zauważone. I ja nie chcę być jak Krzysztof Kolumb, który odkrył coś, o czym wcześniej wiedziały miliony.


Zastygłam tak w sytości i pragnieniu, pozostawiając siebie z tymi myślami, gdy nagle zastała mnie szarość wieczoru.


I znikłam pod miękkim płaszczem nocy.




sobota, 7 marca 2009

...to be still...

W pokoiku zaaranżowanym twórczo, nazwanym kiedyś przemądrze 'nowym paradygmatem organizacji przestrzennej' kłębi się sterta filmów, płyt, książek i obrazów. Sztaluga lekko przykurzona statycznie spogląda na mnie oczami mężczyzny namalowanego przez przyjaciółkę z Holandii. To mój azyl, duchowy i intymny świat. Miasto za oknem oddycha mrokiem zimowego wieczoru. Niebo spada śnieżnym puchem. Jest prawie 1 w nocy. Osiągnięcie językowej pełni możliwe jest tylko w takim miejscu i w tych okolicznościach. Natchnieniem może być postać jajogłowego Crypto, czy bladolica gejsza, którą dostałam od brata bliźniaka, kiedy odkrywał Japonię. Chwila, wspomnienie, muzyka, czyli coś, co potrafi rozmontować...


Słuchałam wewnętrznego głosu, jak zaklętego szeptu lasu, który mówił mi, że nie jest to pora na relacje ze światem. Oferowania siebie, podawania opowieści ulepionej ze słów, poruszenia powietrza swoją obecnością. Jeszcze nie teraz...


Ale nie potrafię błogosławić nudy, nawet przez chwile, choć festiwalowe przygotowania tak dają mi w kość, że odsypiałam 16 h. Zwykle taką ilością snu jestem w stanie obdzielić cały spracowany tydzień. Ale skarcona przez „dream team” organizacyjny 'Wiosny Gospel' zostałam zmuszona do leżakowania i stanu hibernacji.


Jednak dziś, kiedy usłyszałam przez telefon: „jak nic nie napiszesz, to skradnę Twoje słowa i użyje w swoich tekstach” , postanowiłam wybudzić się z niebytu literackiego. Pokraśniałam i zasiadłam przed monitor. Słowa gęste i nabrzmiałe niczym parne powietrze opisują ulotne często wrażenia.


Zamiast kawy – słodka herbata.

Zamiast wina – owocowa guma do żucia

Zamiast życia – terapeutyczny monolog i poufne wynurzenia.


Szeptem, który momentami przeradza się w krzyk poszukuję czegoś ważnego i nieuchwytnego w oplatającej mnie codzienności. Tonem konsekwentnym, upartym i momentami rozpaczliwym chce czegoś, co istnieje we mnie samej, ale często nie może stamtąd wyjść. Ujawnia się w różnych bezpiecznych dla mnie sytuacjach i gaśnie jak wypalony znicz, którego płomień nie jest podsycany. Rozumiem co jest piękne i ważne, ale każdego dnia, z silnym postanowieniem coś morduje we mnie obecność human-bytu wewnętrznego, który jest jedyną prawdą. To on zaszczepia we mnie spontaniczną radość z każdego dnia i wiarę w to, co podobno nie istnieje. Czy nadaję się przez to na jarmark odmieńców, bo bronię człowieka, którego mam w sobie i nie chce go unicestwić?


Wierzę...


Wierzę, że gdzieś musi być zalążek idealnego świata, radość z bycia sobą i ze sobą. Wierzę w istotność, sensowność swoich działań. Spijam to, co dobre z oceanu moich pragnień. Jednocześnie wiem, że zawsze będę szukać i potrzebować czegoś, czego nie będę się bała utracić, co będzie wieczne i prawdziwe. Jestem ukierunkowana na odnalezienie i budowanie szczęścia w sobie...and I still be...


SHORTy post scriptum

W czwartek po pracy wsiadłam do wyziębionego busa i pojechałam na stołeczny hit „Romeo i Julia”, złakniona romantyzmu w wersji dramatic. Zamiast tego otrzymałam Julię ubierającą się u Diora i u Prady oraz Orłosia informującego w Teleexpressie o jej śmierci. Czekałam aż zwolnienie akcji mnie ujmie, a przyspieszenie porwie. Na próżno. Choć młodym wokalistom talentu i uroku odmówić nie można.

Jednak kiedy koledzy Romeo nakazali mu „wyobracać jakieś laski, bo wygląda jak weteran samogwałtu”, musiałam się zastanowić „jak to w oryginale leciało”.

Jego nastoletnie pytania były chyba czymś więcej, niż problemem z niepohamowaną erekcją! Odpowiedzi na potrzebę miłości szukał zupełnie gdzie indziej. On potrzebował spokoju, dotlenienia, a nie przesilenia, ujawniającego się skądinąd w pejzażu fabuły. Prawdziwego uczucia, snucia życia w opowieści... w opowieści o niej, czyli wyśnionej Julii.


Niech twórców tego musicalowego przedsięwzięcia strzegą zastępy święte za swoiste profanum, którego się dopuścili. Ale skoro tylko w tak brawurowy sposób można przybliżyć dzieło Szekspira młodemu pokoleniu, to niech im będzie...


Nie dostałam romantyzmu, po który pojechałam, a trujący ogryzek i pozostałość po finezyjnej opowieści inicjacyjnej. Zostałam wychłostana werbalnie. Ale za to otrzymałam końcową, malowniczą scenę tańca w deszczu, dla której warto było się tam znaleźć.


Nie można umierać piękniej, niż umierać... z miłości...



niedziela, 1 lutego 2009

Revolutionary Road

„Droga do szczęścia” nie należy do tych produkcji, które cudownie i przyjemnie masują nasze neurony. To brutalna prawda o kondycji współczesnego życia stawiająca pytania:

Czy próba odczarowania młodzieńczej niewinności i pragnień jest naiwnością?

Dlaczego marzenie o lepszym życiu, o spełnieniu ma być mrzonką, naiwnym planem?

Do czego prowadzi mała, bezpieczna stabilizacja i rutyna?


Czyżby wiwisekcja społeczeństwa?

Chyba tak, i chyba nie tylko amerykańskiego....


Uderzające, dobrowolne wyrzekanie się własnej wolności, indywidualnych dążeń do szczęścia zostało pokazane w tak dramatyczny, dosadny i mocny sposób, że seans dławił, uwierał i utrzymywał mnie w totalnym napięciu...

Fabułę zaledwie nakreślę...

OnFrank Wheeler ( Leo Di Caprio) – urzędnik, który wykonuje bezsensowną i nudną pracę, zadowala się przygodnymi romansikami dla zabicia pustki, której doświadcza w codziennym życiu

OnaApril Wheeler (fenomenalna w tej roli Kate Winslet)- „kura domowa” i średnio zdolna aktorka, marząca o wielkiej namiętności, karierze i lepszej wizji życia, pozbawionego banału.


Dla podkreślenia przeciętności, szarości i odcieni nudy April jest niemal odarta z makijażu. Usta, niekiedy pomalowane intensywną czerwienią, są próbą odwrócenia uwagi od jej oczu, wypełnionych zwątpieniem, bólem, ale jednocześnie żarem i iskierką nadziei na odmianę losu.

Oboje skutecznie maskują frustrację. Nie mogąc znieść nijakości, jaka ich otacza, decydują się na wyjazd do Paryża. W Europie będą mogli rozwijać swoje pasje, podążając za marzeniami, wolni od konsumpcyjnej i kapitalistycznej Ameryki. Od wszelkich norm i ustalonego porządku. "I wanna feel things...really feel them" - mówi Frank. Lecz co się dzieje dalej?


Wszyscy udają, że nie udają...


Szlachetny pesymizm bijący z ekranu od pierwszych sekwencji filmu nie daje szansy na happy end. Początkowa euforia po podjęciu życiowej decyzji o zmianie, przeradza się w dołujące i sączące z minuty na minutę uczucie przygnębienia i opresji. Na drodze do szczęścia staje awans Franka, wizja pozornej odmiany oraz lęk przed nieznanym i nowym. Opowieść prowadzona tempem powolnym, cały swój dynamizm zyskuje w doskonałych, wielowymiarowych i mocnych dialogach.

Film nasycony obrazami i tak wyrazistą, a jednocześnie oszczędną grą Winslet - rozdrapaną wewnętrznie, nieszczęśliwą i pragnącą wyrwać się z utartej konwencji - dosłownie wstrząsa. W jej grze wszystko nabiera znaczeń dodatkowych, ukrytych. Jej bunt jest stłumiony, choć wewnętrznie ukazuje się jako rozhisteryzowana, na skraju załamania, kobieta.

Emocja zaklęta w dramatycznym milczeniu, pokazana w minimalistyczny, pozbawiony ozdobników sposób, ma ogromną siłę rażenia.

Za próbę życia zgodnie ze sobą April płaci najwyższą cenę, a dołujące uczucie niespełnienia ma tragiczne konsekwencje dla wszystkich.

Film demaskuje prywatną rozpacz i życie będące pomiętą kartką papieru, która może przynieść albo ważny przekaz albo nieczytelny, zamazany, nagryzmolony banał.

Najpyszniejsze w tym wszystkim jest poczucie sensowności tego, co wygłasza John, syn „przyjaciół” Wheelerów, określany mianem chorego psychicznie dewianta. Jednak purytańska Ameryka miażdży lub traktuje elektrowstrząsami wszystko co jest odmienne, indywidualne, szczególne. Jego intensywnie narzucająca się podskórność i to co wygłasza zdaje się być jedynie słuszną prawdą. Ale inność oznacza społeczny ostracyzm i to co mówi odbierane jest jako majaczenia wariata.

Ani przez moment nie czułam, ze to co wygłasza jest przesolone. Sceny z jego udziałem są jednym z mocniejszych akcentów filmu.


Droga do szczęścia to wstrząsające, odurzające kino.


Podglądając obrazki z życia Wheelerów nie trudno oprzeć się słusznemu twierdzeniu, że prawdziwa doskonałość człowieka wyraża się w poszukiwaniu sensu i szczęścia. Przez całe życie dążymy do wydobycia z siebie najlepszych działań, myśli, pragnień. Ale co dalej?

Jedyne co jest w stanie utrzymać nas w pionie, zachować zdrową kondycje to wypracowanie swojej wewnętrznej rzeczywistości, dostępnej tylko sobie.

Jest jeszcze rozum i mądrość, która wyraża się też w pełnym rozeznaniu w sytuacji, ocenie układu sił, szans i możliwości. Mądrość dalekowzroczna, przewidująca, pełna poświecenia, a zarazem odważna.

Chcemy uniknąć „zmasowienia” myśli i spłycenia świadomości, sprowadzenia nas do bycia przeciętnym klonem i banalnym elementem w tłumie. I możemy to osiągnąć. Pamiętajmy jednak o tym, że „lepsze może się okazać wrogiem dobrego”


Nasze marzenia nie muszą pójść na dno... jak Titanic.



niedziela, 18 stycznia 2009

Przemyślenia w cieniu świec...

W piwnicy, przesiąkniętej zapachem butwienia dostrzegłam zapiski z młodości. Jakieś niepojęte dyrdymały, myśli nieuczesane, jak odgryziony paznokieć stały w kącie, zakurzone i porzucone.

Hmm, czy to możliwe, że kiedyś tak pisałam? Ta miękkość, lekkość, szczerość, ale i naiwność:). Uśmiech zagościł na mojej twarzy, a po nim niejedna ołowiana łza wzruszenia. Nie mogłam odlepić się od wspomnień. Z perspektywy czasu dostrzegamy chwile i sytuacje jako jeszcze piękniejsze, niż w istocie były...Zaczytałam się w nich i nie chciałam przestać...

Czasami wystarczy wyciszyć myśli, wychylić nos poza to, co poznane, zafundować sobie dzień leniucha, przestać nerwowo spoglądać za siebie...nie patrzeć na pochód tych wszechobecnych wrażeń i emocji, które sprawiają, ze tracimy kontakt ze sobą...

Po nieustannej wymianie sprzecznych fluidów ze światem, postanowiłam przez chwile pomilczeć; poleżakować, poleniuszyć, porozgrzeszać się z głupot, wyrzucić myśli, którym towarzyszą te oceaniczne rozlewiska niepokoju. Wyznaczyłam sobie taki nastrój na łikend i jest mi z nim dobrze. Zaparzyłam kawę...czekoladowo-pomarańczowo-migdałową, „pobudzacz” z ziarnistych 'owoców' życia, przesmacznie aromatyczny. Zapach małej czarnej wypełnił swoją obecnością mały pokój i zajął wszystkie moje zmysły.

Kiedy tak delektowałam się jej smakiem zaczęłam rozmyślać o tożsamości. Czy w warunkach gwałtownie zmieniającego się środowiska życia codziennego spójność i trwałość w tworzeniu jasnej koncepcji siebie staje się problemem? Człowiek miewa tak wiele społecznych jaźni własnego JA, jak wiele jest grup osób, na których mu zależy. Na ogół w każdej z grup ukazuje inną stronę samego siebie. Czy to oznacza, że relacje społeczne są zawsze w mniejszym lub większym stopniu inscenizacją.? Hmm. Dla mnie chyba jednak teatrem nie są...


Tożsamość niedookreślona


Droga do osiągnięcia tożsamości i odczarowania nijakości jest długa..zależy od poziomu otwarcia na nowe, ale może być też usiana krętymi ścieżkami, które sprawiają, ze błądzimy. Pomyślałam, że ludzie w pełni świadomi siebie, powinni mieć zdolność do wykrywania tego, co w osobowości jest fałszywe i nieuczciwe. Żeby trafnie i wnikliwie odbierać innych, trzeba jednak najpierw poznać siebie.

Dawno nie czułam tak słonecznej wolności, która nie wprawiałaby mnie w poczucie chłodu, a nakręcała do poszukiwań, snucia planów i czynienia ważnych podsumowań. Jednym słowem realna praca twórcza, służąca właśnie zorientowaniu się w sobie.

Związki międzyludzkie, duchowa i emocjonalna bliskość jest tym, co nadaje życiu wartość i co w istocie pcha mnie w moich działaniach do przodu....Czerpie z tych świeżych ocen i odbiegających od schematu opinii inspirację, a z doświadczeń siłę.


Tożsamość rozproszona


Są takie teksty, które są jakby zaprzeczeniem mnie samej. Czasami wolałabym mówić, niż być czytaną, ale słowa skreślone na kartce są precyzyjnym wywodem i często dość intymnym. Zdarzają się teksty, gdzie z każdym kolejnym słowem jestem w stanie podważyć poprzednie, rozpraszając czytelnika, ale chyba najbardziej siebie samą. Skąd ta skrajność?

Wyprowadzam słowo z równowagi, co sprawia, że źle się czuję w jego obecności. Tekst nie jest skrojony na miarę, uwiera, nie daje spokoju, dlatego kiedy go napisze, nie zawsze ujrzy światło dzienne.

Są też wywody, których nie czuję, nie odnoszę się do nich z należytym pietyzmem, bo nie pochodzą jakby od prawdziwej mnie, nie są integralną częścią mojej osobowości, mojej tożsamości. Ale skoro już się pojawiają, to potem dogrzebuje się w nich ukrytych znaczeń. Są próbą wyrzucenia z siebie stanów i emocji, których nie lubię. Są jak grypa z powikłaniami. Zrodzone z chwilowej bezsilności i żalu. Czuje się po nich mentalnie obolała i pokonana przez podstępną emocję. Potem zagłębiam się w każdą linijkę z nadzieją, że zobaczę coś, czego nie napisałam albo zobaczę za dużo myśli, których nie chciałabym widzieć. Pogrożę sobie palcem niedbale, od niechcenia i wymamroczę w duchu:„Ale sobie nagadałam. Koń by się uśmiał”...

To rozproszona w działaniach i słowie tożsamość, nad którą muszę popracować!


Tożsamość odroczona


Zdarzają się i w moim życiu chwile, które powodują, że zamykam się na świat zewnętrzny. Nie potrafię się skupić, nie chce pracować, spać, jeść, nie mogę nawet poukładać i zebrać myśli. Nic nie mieści się wówczas w harmonogramie moich planów i działań. To jest jakby tożsamość odroczona. Aktywność własną sprowadzam do podstawowych czynności – "nicnierobienia", w porównaniu do działań, które zwykłam uprawiać od świtu do zmierzchu. Nawet 4-godzinna próba gospelowego grania sprawia wówczas, ze przez chwilę "My soul says Yes!", a już dzień później "My mind says No!"...

To potrzeba odosobnienia i zdystansowania się do rzeczywistości. Jestem wtedy w stanie znieść samotność bez najmniejszej szkody dla siebie....

Potrzebuje tych przeżyć ekstatycznych, a nawet mistycznych, by utrzymać wewnętrzny dystans i doświadczać więcej i mocniej. Suche rejestrowanie faktów i zjawisk to zupełnie nie ja.


Tożsamość nadana


Postanowiłam, że nie będę się kłaniać w pas obrazkom małej wiary, bo cała siła tkwi w nadawaniu głębi wszystkiemu, co jest w moim życiu ważne i istotne. Muzyce, tańcu, pisaniu, malowaniu, gotowaniu i może nawet zmywaniu... hmm. By nie smakowało jak szpitalna zupa, która z założenia dobra być nie może.

Nie cenię sobie kontaktów powierzchownych, pragmatycznych, a autentyczne, szczere i wartościowe relacje.

Nie, nie kręci mnie już tak osiąganie sukcesów, a raczej uczynienie sukcesu z życia...

Nie chce być niemym świadkiem i poddawać się temu, co życie niesie samo. W mojej egzystencji nie może ujawniać się zamęt, nieład, niespójność lub konflikt.

Osiągnięcia owszem. Są ważne i miałam ich na tyle dużo, że chętnie obdzielę nimi ze 4 życiorysy. Ale... nie o to, zupełnie nie o to... Bo teraz oto jest miejsce na...


... Tożsamość osiągniętą


Zaczęłam traktować swoje potrzeby poważnie. Przyjrzałam się sobie i własnej zawartości, by pewne rzeczy i mało sensowne relacje ze światem wyciąć, na nowo decydując kim chce być...

To proces nieustający, aż do osiągnięcia magicznej chwili, kiedy wejdę w sens każdego pojedynczego dnia.

Przyjemność i obowiązek inwestowania w swój rozwój, rozglądanie się po linii krajobrazu, wyprawa do serca to jest to, czego teraz potrzebuje. Osiągnięcie szczytu pragnień, który razi swoim ogromem, ale jednocześnie kusi mistyką obiecanych przeżyć...


Tak więc tożsamość osiągana jest nieustającym procesem, poszukiwaniem w t(ł)oku..., gdyż musi się gdzieś ukrywać esencja życia, odkryta dopiero po osiągnięciu tożsamości kompletnej...


sobota, 10 stycznia 2009

Muzyka melodii niewypowiedzianych


***

Jacek Yerka - Fortepian



Odkurzyłam piano...


Pierwszy dźwięk, pierwsze zdigitalizowane spojrzenie klawiatury na eM, pierwsza nuta, pierwszy dreszcz, intensywność G...(prawie jak Gräfenberga), minorowe b-molle, skale durowe, w półcieniu półton, za chwile„sekunda” wygrana mezzo forte....


Przyjemny dreszcz, skąpany w soulowym koktajlu; zamknięty w kluczu wiolinowym powiew melancholijnego krajobrazu i szaleństwa zarazem.


Wieczorny miód dla duszy, orzeźwiająca bryza, szron na roztańczonej trawie, oddech tymianku zaklęty w dźwięku, dźwięku wypełzającym z klawiatury do naszego spokojnego, zrównoważonego i pięknego świata.


Metrum czteromiarowe - konstruktor porządku - przywołuje zmysły, rozbudzone falą głodu...


Dzięki Niej, tak łagodnej i czystej muzycznej Harmonii, pozostaję w kontakcie z uczuciami...


Muzyka...



piątek, 9 stycznia 2009

NIE NALEWAJ Z PUSTEGO...


Księga wniosków, skarg, zażaleń.


Patrzę oczami mych okiennic na ulicę zanurzoną w czerwieni świateł. Odbijające się w śnieżnobiałym trawniku neony natchnęły mnie do rozważań. Mam zwyczaj nazywania wszystkiego w urwisowaty, przekorny sposób. Na pomarańczowe mówię różowe, o Picasso, ze to słynny polityk był, a zamiast faux pas mówię „fułaje”.Lubie ten wyraz lekkiej konsternacji na twarzy oraz zdziwienie w oczach moich rozmówców. A jeśli ktoś pomyli Whartona z Warholem to czy jest to dowód na ignorancję, czy znowu się tylko zgrywa...?Hmm. Tak naprawdę zmierzam do tego, że z literek możemy wytopić pomnik pomylonych interpretacji, sensów i zdarzeń...Władanie słowami to ważna, ale i odpowiedzialna umiejętność...

W związku z tym (choć nie jest on bezpośredni) przyszła mi do głowy taka oto smutna refleksja. Czym skończyłaby się próba uczynienia z naszego życia księgi wniosków, skarg i zażaleń całego świata. Takim chyba lekkim zażenowaniem i męką. Płaszczyzną do eksperymentu niech stanie się egzystencja eM. Wystawię swoją codzienność na żarłoczny apetyt rycerzyków, co w jasnej lśnią zbroi i pozwolę im skakać prosto do źrenic, w imię dobrej i słusznej sprawy, by mogli sięgać do najgłębszych zakamarków mojego Ja. By mogli konsumować każdą cześć mnie, niczym smaczne ciastko. Od czasu do czasu pozwolę też skopać się po jajkach, gdyż lubię jak puchną. Znajduję w tym rozkosz nieziemską. Tak jak Agnieszka Chylińska czyni z kupowania lekko krwistej polędwicy prawie seksualną przyjemność. Na ringu wszelkie chwyty dozwolone. Jeśli inaczej się nie da...Są różne sposoby na wybudzenie, otrzeźwienie, zmiany. Z wielką ochotą przyjmę też serię z pocisków, które z cichym i bezdusznym jękiem poszybują w moją stronę. W końcu jestem "misją"(lub emisją elektronów) wysłaną na ziemię, by np. ubarwiać, przyozdabiać i zmieniać życie innych, czyniąc je bardziej nadzwyczajnym i atrakcyjnym. W ramach rozrywki i dodatkowego bonusa mogą więc na mnie wyładować wszelkie swoje frustracje, gniew, problemy, emocje - te złe i te dobre. Śmiało. Nie krępujcie się ludzie. Przy okazji wezmę też na swoją głowę całe jestestwo wszystkich zainteresowanych. Poprowadzę za rączkę, pogłaszcze po główce. Będę waszym smutkiem, radością, nostalgią, powietrzem, nadzieją, wolnością, chwilą... że nawet w mojej bliskiej obecności zaczniecie odczuwać bolesną nienawiść do każdego centymetra, który Was ode mnie dzieli i przeklinać, że to tak krótko...ech...

Słowa, słowa, słowa... a siła ich rażenia zależy od tego jak je zinterpretujemy...


"Reaching for my dreams
And you're so quick to say what I can't do
You criticize my actions
But I don't see you standing in my shoes..."


"I'm 'going the wrong way'
I'm 'doing the wrong things'
Every word just gives me fuel
So come on, come on... Tell me NO, tell me NO !"


Nie przywykłam do faktu, że ktoś kontroluje moją codzienność, w sposób mniej lub bardziej inwazyjny lub jawny. Moja wrodzona upartość i to podwójne zaprzeczanie wszystkiemu, czyni próby urządzania mojego życia według rożnych wizji daremnymi. Nawet jeśli dają świeże i nowe spojrzenie na wiele spraw. Szerokość i dogłębność myślenia pozwala mi na to, że jestem w stanie sama pewne sprawy dostrzec, choć potrzebuje na to czasu i przestrzeni. I czasami jestem skłonna do zmiany stanowiska, czy kierunku myślenia. Jednak nawet ja nie analizuję każdej minuty mojego życia z taką zaciętością, pomimo natury myśliciela z dość filozoficznym usposobieniem. Konsekwencja moich wyborów i czynów jest dla mnie kwestią głęboko osobistą. Musi być więc dobrze przemyślana. Dlatego łaknę ciszy. Żeby zobaczyć w tym wszystkim siebie. Przyjąć zapowiedź zmian.

Życie to nie jest chwila pochwycona w biegu; trzeba mu się przyjrzeć i zaplanować zgodnie ze sobą. Skłaniam więc do namysłu(wszystkich, którzy próbują) czy takie działania są właściwą drogą, by do mnie dotrzeć? Nie jestem Sierotką Marysią, która pozwoli sobie wejść na głowę. Bliżej mi raczej do Zosi Samosi. Każdy ma prawa, ale i obowiązki wobec drugiej osoby, by szanować jej wybory i prywatność oraz tolerować to, jak żyje. Cudownie mieć Anioła Stróża, który za nami łazi i dba o nasze interesy. Zdarzyć się jednak może razu pewnego, że ów Anioł 'pozna' i prawdziwie spotka Tę, której słowa będą go unosiły, kształtowały i będzie się nimi upajał. A że Panna rzeczona będzie miała wszelkie cechy niezbędne do tego, by uwierzył: głowę na karku, wyobraźnię: ten rodzaj emocji i komunikowania się ze światem, któremu ów Rycerzyk oprzeć się nie będzie mógł, może być mu przykro, że wcześniej sypał jej solą między oczy, zamiast herbatę posłodzić miłym słowem. Wnoszę więc o większą świadomość sensowności swoich poczynań? Na przyszłość... gdyby jednak chciał taką Pannę kiedyś "spotkać", a nie tylko zobaczyć...


"I am not afraid to try it on my own
I don't care if I'm right or wrong
I'll live my life the way I feel
No matter what I'll keep it real you know
Time for me to do it on my own..."

"If you're making me feel bad
Then tell me then do you feel good?
I'm just human and all I'm doing
Is what my heart tells me I should

So come on, come on, tell me NO!"


To pisała Nieposkromiona Królewna „Ścieżka” z bajki romantycznej nr 19 (co zasiała razu pewnego ziarnko zastanowienia, które sukcesywnie poczęło kiełkować. Być może wypełniła sobą umysły, słowami zajęła myśli, uśmiechem dotknęła zmysłów, a swym istnieniem weszła w sam środek zatwardziałych serc, ale potrzebuje teraz chwili, by wsłuchać się w siebie...)


*********


Życie – uniwersytet wyrzeczeń


Wyrosłam już z pieluch i matczynej opieki. A to, co mam najcenniejsze, czyli własną indywidualność i osobowość, zawdzięczam sobie. Nie mogę jednak pominąć w tym procesie tworzenia siebie ważnych osób, które miały istotny wpływ na moje życie. Płonnym złudzeniem i nadzieją byłoby natomiast kształtowanie swoich uczuć według opinii innych, gdyż umarłabym głodna. Są to sprawy, które nakazują nam postępować tylko i wyłącznie według kardiologicznej wskazówki, własnego rozumu, obserwacji, ale i intuicji oraz doświadczeń. Serce musi dotknąć emocji, żeby sprawdzić, czy jest czysta, dobra, a dusza nie cierpi na jej nadmiar. Zdarza się, że ta emocja jest jasna, niczym pachnąca łąka kwiatów wiosną, ale nie zawsze to, czego pragniemy jest tym, czego potrzebujemy. I czasami niespełnienie marzeń bywa łutem szczęścia... czasami. Trudno nam wykraczać poza to co poznane, własne, oswojone i dobre. Moja umiejętność empatii i angażowania się w losy bliskich mi osób powinna mnie wyzwolić i pozwolić normalnie żyć, ale okazała się dla mnie największym zniewoleniem. Choć czasami mam wrażenie, że jestem niewolnikiem słusznej sprawy i daru, który nie każdy otrzymuje. Współodczuwam, patrzę głębiej, szanuje ludzi...i w ten sposób mogę kształtować, czy wpływać na zmianę postaw u innych (ale tylko jeśli tego chcą i potrzebują).

Staram się nie zaprzątać sobie głowy wydumanymi możliwościami. Ale nie leżę też w domu przykryta gazetą, kontemplując zastaną rzeczywistość, na którą nie mam wpływu. Nie prowadzę jakiejś bezsensownej walki z siłami natury. Zdarza się, że mentalnie uciekam i skręcam w nieznane, przekomarzam się z przypadkową, ale niezwykłą chwilą w moich romantycznych wędrówkach, by zaznać magii, której potrzebuję...

...bo parafrazując Dostojewskiego powiem: „czasami chodzi o to, by mieć prawo zapragnąć dla siebie czegoś choćby najgłupszego, niemożliwego lub nieosiągalnego. Przecie to nieosiągalne w istocie, zawiera w sobie to, co jest dla nas najważniejsze i najcenniejsze....”


Czasami chorujemy na brak podsumowań, bo tak bardzo potrzebne są puenty lub ciąg dalszy lub... cokolwiek, co byłoby czymś więcej...


wtorek, 6 stycznia 2009

Kobieta z wiatru utkana...

Leżała wtulona w puchową kołdrę. Rozbudzona w nieśmiałych marzeniach i uderzona impulsem prosto w serce, długo nie mogła przywołać snu. Jakby brama miłości, dotychczas zamknięta, miała ustąpić bez protestu. Przymknęła powieki, ciężkie i oblepione strzępami niepojętych wrażeń, uwędzonych w cierpkim sosie z rozterek i obaw. Ciało miała rozgrzane gorączką i w końcu znalazła się w objęciach Morfeusza. Gdy nastał sen spokojny, do wnętrza jej duszy i zakamarków wyobraźni wdarło się powracające pragnienie. Najczystsza myśl, miłość zatrzymanych wieków i jednej upajającej chwili. Nadeszła z zamiarem obecności na dłużej. A zaraz po niej to spojrzenie, które natychmiast utonęło w jej myślach.


Niczego nie oczekiwał, jednocześnie czekał na wszystko. Nie potrafił oddzielić pragnienia od zamiarów...


Jej dłonie zaczęły pieścić delikatnie i niepewnie kontur jego ust, w obawie, by nie zatrzeć ich gwałtowniejszym gestem. Była w posiadaniu całej przestrzeni niewypowiedzianych słów. Mogła go uciszyć lekkim, jedwabistym pocałunkiem, spijając sok z jego ust. Wtedy poczuł smak delicji i czystego raju. Potem długo sycili sobą wygłodniałe dusze... święci w swoim grzechu. Kobieta z wiatru utkana i mężczyzna nie z tego świata...



sobota, 3 stycznia 2009

Noworoczne przeobrażenia

Nieszczęścia chodzą czwórkami. Error fona, pralki, dzięki której moje ubrania są w rozmiarze S , jak 'skurczone' i zabarwione na tęczowo. Stan zdrowia co najmniej opłakany i mniej „bladowitości milczenja” - idąc za Bazi podsumowaniem co do moich obficie kwiecistych wyn(at)urzeń. Flirt wyobraźni z językiem rozgadanym i wycyzelowanym był zazwyczaj wyjściem mojego obszernego ducha poza ciało. Jednak ekshibicjonizm emocjonalny potrafi uśpić czujność. A w efekcie. Hmm. Pomilcze na ten temat.


Gdyby pisanie sprowadzało się do konkurencji, kto później postawi kropkę w zdaniu ośmiokrotnie złożonym, byłabym gdzieś w czołówce. Cóż. Tylko na moim kawałku internetu mogę sobie pozwolić na wysokie stężenie przymiotników, przekraczające dopuszczalną normę na metr kwadratowy. W gazecie muszę dynamizować napięcie międzywierszowe i skracać zdania do minimum. :)


Wobec tego dziś tylko ziemskie sprawy, słone cierpienie wilgotnych od kataru oczu, surli turli, lops drops. Pozostał mi w tej chwili płytki oddech oraz nieprzesłoniona gorączką kobiecość i zwiewność. Grypa wparowała do mojego życia nieproszona i wcale nie zamierza się stąd wynieść. To już drugi tydzień okupacji. Może ja czegoś nie doczytałam. Może te tabletki z założenia mają mnie dobić, a nie uzdrowić? Mój podręczny lekarz internetowy nie działa, więc jeśli do piątku nie zejdę z tego ziemskiego padołu, to znaczy, że przechytrzyłam wirusa.


Zastanawiam się jak długo można chorować i... wariować. Przenosić swoją cielesną powłokę z miejsca A w miejsce B, jak wazon ze zwiędniętą różą. Po tylu dniach zmagań z bakteriami mam anatomiczną potrzebę nowego nosa, mniej zasmarkanego. I potrzebę snu, który z kolei nie chce nadejść.


Przepraszam za nieodebrane telefony...(milczące trwanie, częściowo zapewnione przez error nieszczęścia numer 1 w dniu wczorajszym) i niespełnione obietnice...


Jedni do celu idą bezterminowo i trudniej, innym olśnienie natychmiast wyznacza właściwy kierunek. eM w dwójcy jedyna prawdziwa ( <------fenks Grzechu) ujawnia się dłużej, ale za to coraz pewniej i jaśniej poprzez głębsze, refleksyjne spojrzenie na własne życie. Mam czas, by na nowo zakumplować się ze sobą, zaprzyjaźnić z wyszeptaną do ucha myślą i opanować emocjonalny chaos.


Życie to (nie)sen i zaczynam siebie w nim coraz wyraźniej dostrzegać...


*****

PS. Opatulona w kołdrę wyszperałam cytaty dwa, którymi chętnie się podzielę:


"Wszechświat obfituje we wszystko czego chcesz. Nie sprawdza cie. Życzliwie zaopatruje cie. Ale ty jesteś koordynatorem. Ty definiujesz, i robisz to przez swoje radosne oczekiwanie. Jeżeli jest jakieś uczucie, które powinieneś pielęgnować, które przyniesie ci bardzo wiele korzyści, to jest to pozytywne przewidywanie. To rozpalone oczekiwanie." (***Abraham***)


i w ingliszu

"The Universe is abundant with everything that you want. It's not testing you. It's benevolently providing for you. But you are the orchestrater. You are the definer, and you do it through your joyous anticipation. If there is an emotion that you are wanting to foster, that would serve you very, very well, it is positive expectation. It is excited anticipation" (***Abraham***)

*****

"Poczuj siłę i świeżość twojego“teraz”: Rozszyfrowujesz kontrast. Wiesz czego chcesz. Wiesz czego nie chcesz. Wypuszczasz swoja „rakietę pragnienia” tego, czego chcesz i stoisz teraz w całkiem nowym świeżym miejscu. Pragniesz w świeży sposób czegoś, czego nigdy nie pragnęłaś wcześniej. I to właśnie jest życie. W tym nowym pragnieniu przywołujesz kolejną porcję Energii. Gdybyś tylko mogła delektować się teraz samym faktem posiadania pragnienia i gdybyś przestała usilnie próbować je spełnić w jakiejś fizycznej postaci, otrzymałabyś to" (***Abraham***)

wersja dla ambitnych

"Feel the power and the freshness of your "now": You decipher the contrast.You know what you don't want. You send out your rocket of desire of what you dowant, and now you stand in a fresh new place; you want in a fresh way that you have never wanted before. And that's what life is. In that fresh wanting, you summon another dose of Energy. If you can begin to savour the mere fact that you have desire right now, and you would stop trying so hard to have that desire be fulfilled and manifested in some physical format, then you would have it" (***Abraham***)

*****

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Praca domowa...

fot. DZID



Są takie spotkania, wydarzenia i chwile, kiedy nie chcemy uronić nic z czaru słów, które docierają wprost do serca, niczym promienie rentgenowskiego słońca. Pamiętam dzień, w którym deszcz chłostał z impetem chodnik, a ja przemierzałam ulicę krokiem śpiewnym, lecz niewyjaśnionym co do celu tej przechadzki. Niebo było już zmęczone, a ja przemoknięta. I znalazłam się w miejscu magicznym, wypełnionym starymi książkami, zapachem wanilii i farby, która zastygła na przylegającym szczelnie do ściany obrazie. Wylądowałam w antykwariacie. Kiedy przeglądałam książkę o XVIII - wiecznych obrazach pastelowych i próbowałam pozbierać rozsypane myśli, do księgarni wszedł profesor, u którego pisałam pracę dyplomową. Lingwista, historyk, filozof i kulturoznawca. Typ niezłomnego poszukiwacza i najbardziej szalony naukowiec jakiego znałam.

Wraz z nim do tego niewielkiego pomieszczenia wtargnęły wspomnienia ze studiów. Nigdy nie wątpiłam w to, że siła słowa zależy i pochodzi od potęgi ducha. Ja marzyłam o jednym. O tym, że kiedy dorosnę zostanę dr Winiarzem. W niewielkim procencie Alfą i Omegą, człowiekiem renesansu, dla którego wiedza nie stanowi żadnej tajemnicy. Przy tak światłej postaci wciąż czujemy się jak w fazie pieluch. Kiedy słuchałam jego wykładów był absolutnym pochłaniaczem uwagi. Opanowywał niepostrzeżenie przestrzeń naszych oszołomionych umysłów. Jego myśli były tak żywe, jasne, tętniące, pełne dowcipu, namysłu i holistycznej spójności. Pasja, żar, zero zniechęcenia i władanie słowem w sposób precyzyjny, jak podczas szermierki, z obowiązkowo wpisaną anegdotą. Ten facet zawsze wiedział co powiedzieć, a komponowanie pracy pod jego okiem przypominało a to podróż w nieznane, a to wędrówkę do rzeczywistości pozazmysłowej. Nie trudno było za tym pójść w zaufaniu oraz pełnym zrozumieniu. W tych słowach, czasem wieloznacznych, lepkich i nieskończonych zaklęte były obrazy, zapomniane zapachy i sam smak. Sprawiał, że moje wewnętrzne zmagania i rozterki egzystencjalne stawały się łatwiejsze do rozwikłania. Przy tym nigdy nie manipulował wolnością, czy organizacją życia według mojej własnej wizji.

Ale...

Zaraz potem zdałam sobie sprawę, że człowiek przez całe życie otrzymuje znaki, wskazówki, jest doświadczany zdarzeniami w strumieniu codzienności. Stają się one zachętą i natchnieniem do zmian. Czy to za sprawą profesora, rodziców, mentora, idola, mężczyzny, kobiety, artysty przyjaciela - geja, czy...architekta marzeń...

Codziennie odrabiamy lekcje z życia. Staram się być czuła na głos we mnie. Jest on tym wyraźniej słyszalny, im bardziej staję się dzieckiem...

Patrzę...

Słyszę...

Oddycham...

I jestem...



fot. DZID

środa, 24 grudnia 2008

Wspomnienie...

***



***


Magiczna Wigilia...

Święta mojego dzieciństwa pachniały choinką, nadzieją i tajemniczością. Przywoływały poczucie bezpieczeństwa, bliskości i trwałości. Bez tego zmęczenia kosmosem, zanurzania się w otchłani problemów. Ciepło domowników i gorący oddech, który malował obrazki z miłości na oszronionych szybach, wprawiały w stan podekscytowania. Wypatrywanie pierwszej gwiazdki na roziskrzonym niebie, było jak nieoczekiwana erupcja światła. Sople lodu miały twarz uśmiechniętych Aniołów. Emocje dyndały jak choinkowe bombki, w których odbijały się jarzące lampki. Za oknem sypał śnieg – gęsty, diamentowy pył. Lekki płatek frywolnie tańczył na wietrze. Ze skrawków myśli budowałam marzenia. Rozbiegany i niewinny wzrok podążał za babcią i jej nieziemskimi smakołykami, stworzonymi według zastrzeżonych receptur. A Mama ubierała choinkę. Najpiękniejszą. Z Anielskim włosem i brokatowymi bombkami. W tle wybrzmiewała kolęda... przygrywana odrobinę nieudolnie na 4 ręce z bratem bliźniakiem. Po domu leniwie kręcił się znudzony kociak i badawczo przyglądał mu się pies, oszołomiony zapachem świątecznych potraw i ciast. Tata przyrządzał złocistego karpia... 


święta... pamiętam, że istniały...



piątek, 5 grudnia 2008

SnowySoul ... wiesz za co. Za cudowne rozmowy o kwestiach trudnych i banalnych, za uświadamianie, że rzetelne i uczciwe poszukiwanie nie jest podróżą w nieznane. I za ten świetlisty piorun w przekazie, za poszerzanie granic, za właściwe reakcje i bezdyskusyjną obecność... No i za dźwięki Ramblin' (wo)man ...


***

czwartek, 4 grudnia 2008

Nieme uczucia

W pewne przenikliwie zimne popołudnie postanowiłam wypełnić organiczną przestrzeń tylko sobą. I...myślami, niesfornie kołaczącymi się po użyźnianej deszczem duszy. To nawet nie był rodzaj pobudzenia motorycznego, ale swoiste sam na sam. A pytania, które zawisły w powietrzu mnożyły się niczym muszki na porzuconym ogryzku. Uciskały, dławiły, domagały się odpowiedzi. Znowu 'odjechałam' jak czerwony autobus, pędzący po usianej znakami zapytania drodze. Kiedy gromadzę w sobie emocje odbijające się od energii wydarzeń, przyjmuję zasadę, że muszę wytrwać w milczeniu. Wolę zbierać zmysłami krajobrazy i utrwalać je w sobie.


Rozmyślania skupiły się wokół prawdy o stanie ludzkiej duszy. Jedynej, niepodzielnej, prawdziwej. Czy pamiętamy w ogóle czym ona jest? Dusza. Ucieleśnienie wnętrza, które niszczeje i wymaga generalnego remontu. Ludzie wydają fortunę, żeby przywrócić w sobie piękno, ale te wysiłki nie przynoszą żadnego rezultatu, bo błyskotką nie odwrócą uwagi od tego, co najważniejsze i niewidzialne. Ducha.


Widząc tylko twarze nie dostrzegamy serc. Nie kupujemy prostych przekazów, zwyczajnych gestów, nie reagujemy na głos innych, bo nasz słuch nie sięga tak daleko.. Czy serca mogą zobaczyć tylko Anioły?


Dalej przemierzam bezludny park. Czas rytmicznie pulsuje, a ja mam ochotę, by zaszy
ć się w opadłych liściach tak głęboko, jak to tylko możliwe. I pomilczeć, odurzając się zapachami resztek jesieni, dotykiem cieni drzew, złotem gasnącego słońca....


Zawsze chciałam ... rozważania przerywa SMS.„Rascwietali jabłoni i gruszy, papłyli tumany nad riekoj, wychadiła na bierieg Pipilanca. Chodź do naleśnikarni...( pipilanca, moje alter-ego)

Junior, stary kumpel, człowiek renesansu i teatru, filmowy partyzant, wywołał mnie z lasu...

Rozmawiamy, będąc super-sobą, naturalnie, jak zawsze, przez 10 lat znajomości. Kiwamy do siebie nawzajem głową. To potakiwanie charakterystyczne dla osób z trylionem dziwnych zainteresowań i plątaniną myśli.

Jest wiele spraw, które tak się kłócą z moim światem – przerywam chwilowe milczenie. Dlaczego w ludziach jest tak wiele teatru? - pytam mojego rozmówcę. A może to lęk, maski szpan?Dlaczego karmienie złudzeniami, pozorami sprawia im taką frajdę? Po co to wszystko?To jakieś nieśmieszne, że tak powiem „wykonywanie sobie jaj”...


Nie rozumiejąc przyczyny, zawieszam nagle głos, przygryzam paznokcia i uśmiecham się niepewnie pod nosem. Kontynuując... Przecież zwykły gest czy rozmowa nie odbierają ludziom magii i tajemniczości...?

Spotykam tysiące twarzy, słyszę miliony słów. Nie mogę się oprzeć wrażeniu, iż nie istnieją one w oderwaniu od łańcucha powiązań, jaki przy tym powstał. Nic co się dzieje, nie jest przypadkowe. Nic nie dzieje się bez przyczyny. Każde słowo, gest, wewnętrzne i zewnętrzne wrażenie, pragnienie, intencja, łza, krzywda, żal kształtują moją codzienność. Dlaczego? Dlaczego więc Bóg trzyma mnie za nogi i ostrożnym, ale pewnym ruchem zabiera mnie od tego, czego chciałabym doświadczyć? Może nie jest mi to przeznaczone? Może lepszego życia - z gwarancją i z dostawą do domu nie można sobie kupić, tylko je wypracować?


Przestałam zastanawiać się i mózgować intensywnie jak usprawnić swój pospiech. Ok. Żyjemy na miarę naszych czasów. Raz w szaleńczym biegu i w bezdechu. Raz bezradnie i z podciętymi skrzydłami. Nie. Nie chce powiedzieć, że dopiero wczoraj odkryłam, że w życiu ważne są przede wszystkim emocje i prawdziwe, żywe, palące uczucia. Chce użyć stwierdzenia dosadnego, ale szczerego: Stale sobie czegoś odmawiam, niczym mniszka pacierz w swojej celi. A przecież jestem stworzona i powołana do spraw piękniejszych i wznioślejszych. I co? I guzik z tej egzystencji mam! I stąd pytanie... Czy jest to wynik mojej decyzji - pewnej, świadomej, nieodwołalnej, bo tak postanowiłam? Koniec. Kropka. Czy może wynik tego, ze sobie czegoś zabraniam, postępując wbrew sobie? Emocje, uczucia, zmysłowe wędrówki. Jest ogromna różnica w tym, jak to postrzegamy, a jak tego na co dzień doświadczamy i z jaką intensywnością przeżywamy. Moje ja - raz przekorne, innym razem ironiczne, a za chwile zatopione w kobiecości, domaga się, by ktoś poprowadził je za rękę... Nie proszę o więcej...


Emocjami nie rządzi przypadek, rządzi nimi miłość...
Jest w stanie przedefiniować wszystkie pojęcia i nasze myślenie. A jednocześnie wywrócić całe życie do góry nogami. Wszystko inne przestaje mieć jakąkolwiek racje bytu, traci na ważności; miłość wynosi nas na szczyt, z którego widać całą prawdę. Zobaczy ją tylko człowiek będący w prawdzie, bo wie, co należy czyni
ć... Ale do prawdy trzeba dotrzeć. Do prawdy o sobie, o innych i o otaczającym nas świecie.


Kiedyś przecież powstaniemy na nowo, ulepieni z materiału, który zebraliśmy z miłości.


A w tle dźwięczy „In my mind” ...


"(...)They say if you love something
you've got to let it go
and if it comes back
then it means so much more.
but if it never does
at least you will know
that it was something you had to go through to grow(...)"


...przytakując twierdzeniu, że tylko Miłość potrafi rozpoznać Miłość...