Magdalena eM Chojnacka butla ze szczęściem powinna eksplodować równo o 5:00 nad ranem...
sobota, 31 lipca 2010
über nadsen
czwartek, 8 lipca 2010
Reminiscencje
Raz na 40 westchnień zalewa mnie ciepło, połączone z niewerbalnym drżeniem. Kiedy wspomnienie, integralna część mnie ma czysto metafizyczny wymiar.
Tak było wtedy, gdy wracałam z radia i kontur rzeczywistości nagle przecięła obecność bardzo młodej i zastanawiającej kobiety. Ucięłam drogę przez cmentarz i mimochodem spojrzałam w jej stronę. Uczestniczyła w jednym z pogrzebów. W sposób nieobecny i indywidualny.
Chmury osuwały się już na płat spękanej ziemi. Za chwile miał lunąć siarczysty deszcz. Szklana pogoda, świat gotowy na przyjęcie łez.
Kiedyś pewien pisarz najpewniej o nazwisku Kaczanowski rzekł, że człowiek jest zwierzęciem stadnym, nawet na cmentarzu, jak wyciągnie kopyta. Nie inaczej było tym razem. W tej ostatniej drodze zmarłemu towarzyszyli ludzie, wiedzeni w odruchu bezwarunkowym jakimś wewnętrznym mechanizmem i potrzebą współbycia...
Ale to Ona przykuła moją uwagę, bo obserwowała pogrzeb z pewnego dystansu. Była jak zastygła forma i z całą tą 'posągowością' wtapiała się w pejzaż nagrobków i rzeźb na mogiłach. Miała idyllicznie długie nogi, bardzo krótkie, lecz gęste włosy i karmelowe oczy. Wpatrywałam się w nią z dość bliskiej odległości, nie czekając jak zareaguje. Jej spojrzenie było ekspansywne i odzwierciedlało poranione wnętrze; dostrzegłam w nim przeraźliwą wewnętrzną samotność. Wtedy nie wiedziałam jeszcze, że tkwiło w nim jakieś utopijne oczekiwanie i tęsknota.
Potrzebowałam chwili, by intuicyjnie wejść w strumień jej uczuć i doświadczeń, kiedy ukradkiem na mnie spojrzała. Z pytającym i pretensjonalnym wzrokiem odwróciła się gwałtownie i poszła. Stałam jeszcze przez chwilę w tej obsianej drzewami przestrzeni, kiedy z oddali dobiegł cichy głos.
- Ona przychodzi tu chyba od 3 miesięcy - z zamyślenia wybił mnie jakiś dziadunio, który prowadził wózek z wypalonymi zniczami.
Upływ czasu w jego przypadku dotrzymał słowa. Ten przygarbiony i niemal bezzębny człowiek patrzył na mnie w niekonwencjonalny sposób. Był złakniony uwagi i wymiany zdań z każdym, kto pojawi się na szlaku jego drogi. Podjęłam z nim rozmowę bez najmniejszego oporu. Ludzkie historie są pasjonujące i branie udziału choć w części tej opowieści wywołało u mnie ciarki.
Spojrzałam na niego badawczo i spytałam, czy wie coś o tej kobiecie?
- A nie wiem. Widziałem ją tu kilka razy. Chyba lubi chodzić na pogrzeby i obserwować je z daleka. Zawsze przychodzi tu sama, chyba od maja będzie, jak nie dłużej - cicho wymamrotał staruszek.
Pomyślałam, że jej zamiłowanie do cmentarzy musi być związane z jakąś tajemnicą, którą w sobie nosi. Może straciła kogoś bliskiego...To przypominało studium szaleństwa, a może próbę wygrania teleturnieju ze śmiercią?
Staruszek tej wiedzy jednak nie posiadał. Miał jednak skłonność do fantazjowania. Dlatego posłuchałam jeszcze przez chwile jego opowieści, pourywanej jak klisza, ale spontanicznej i barwnej.
Pamiętam tę środę, przeszywającą chłodnym dreszczem. Byłam na nietypowym pogrzebie przyjaciela rodziców. Na cmentarzu znajomy taty grał na trąbce jakiś motyw rozrywkowy z okolic nowo-orleańskiego jazzu, a ja dostrzegłam tę dziewczynę między drzewami. Mrużyła oczy od słońca, a ja bałam się, że jeśli zrobię choćby jeden krok w jej kierunku, przekroczę niewidzialną granicę intymności. Mimo to ruszyłam w jej stronę. Mysli jakby zamarzły między nami i zobaczyłam paniczny lęk, że czegoś od niej chcę.
W otoczeniu słonecznej, lecz przytłaczającej przestrzeni, wyglądała na typ kobiety, przed którą można się kurczyć, kłaniać, ale spojrzenie zacięte, zimne i nieufne czyniło z niej twierdzę nie do zdobycia. Może ta jej pojedyńczość i wyobcowanie tak mnie zafascynowały? Jak IP - Istnienie Poszczególne u Witkacego...
Pomyślałam, że zaryzykuję i podejdę do niej pod byle pretekstem. Kiedy zbliżyłam się do celu, nie zdążyłam nawet wykrztusić słowa, bo zaskoczyła mnie słowem gorzkim jak owoce czeremchy:
- Czasami widzę życie, ale prawie natychmiast się budzę - usłyszałam.
Taka poetycka otwartość i nietypowy sposób komunikacji od razu mnie zaintrygowały. Znaczenie tych słów i użycie ich w tym miejscu stało się czymś naturalnym, zakomponowanym w sposób konsekwentny. Podważyły moje powierzchowne i pierwotne wrażenie. Lubie, gdy słowo z nieodpartą siłą mnie olśniewa, zaskakuje, Lubię metawypowiedzi... W swoim życiu spotykałam wiele bardzo bezpośrednich osób i takich, dla których zwykłe przywitanie jest problemem nie do przejścia. Każda krępująca sytuacja potrafi nam spętać umysł.
Ona uderzyła prosto z mostu. Była jednocześnie oszczędna w wyrazie i chyba dobrze czuła się w perspektywie zniszczeń, które czyniła na własne życzenie. Spytałam jak ma na imię i czy życie jest dla niej czymś tak traumatycznym, że musi nieustannie się wybudzać i nie doświadczać go w minimalnym stopniu?
- To chyba nie jest ważne - odparła od niechcenia, sięgając po papierosa.
Śledziła moje reakcje, była uważna, ale odrobinę speszona. Przyglądałam się jej badawczo. Jawiła mi się jako osoba destrukcyjna. Podejrzewałam, że siła z jaką potrafiła i mogłaby niszczyć ludzi byłaby adekwatna do jej wewnętrznego bólu i strachu. Zrozumienie tej kwestii pozwoliło mi na to, by dać jej pewne przyzwolenie na swobodę działania, a nawet atak pełen pretensji, rozgoryczenia i złości na to, co ją zawstydza. Nie chciałam tak łatwo dać za wygraną, nie teraz, nie od razu. Mogłam ją znokautować tylko ciepłem i cierpliwością. Tylko subtelne zrozumienie mogło jej przynieść spokój i ukojenie.
Pozwoliłam sobie na długą pauzę i stworzenie atmosfery zaufania. Nie minęła chwila, kiedy sama zaczęła mówić. To, co dotychczas było zagubieniem w gęstwinie myśli, umęczeniem w pułapce jej umysłu, przybrało nagle postać cichej zgody na to, bym zapytała o więcej.
- Nie wymagam już od siebie perfekcji, bo zaraz mnie tu nie będzie - rzuciła odważnie.
Po chwili ciszy rozwinęła temat; słowem, które ocala i niweczy, buduje i potrafi rujnować podała mi swoją opowieść. Uderzył mnie wyraz przygnębienia, kiedy mówiła o 10-letnim bracie i rodzicach, których straciła w wypadku. Myślała o tym, co się z nim stanie, kiedy jej już nie będzie. Zawiesiła studia na archeologii, bo nie mogła wyjeżdzać do rezerwatów archeologicznych na badania. Głosem suchym i lekko złamanym pozbawiała siebie złudzień. Skostniałam...
Wysokie drzewa spoglądały na nas z góry, a ona traciła wiarę w cudowne ocalenie i powrót do zdrowia.
- Nie boje się śmierci, boję się umierania, powolnego i w bólu - chwyciła mnie za dłoń.
Próbowałam asekuracyjnie wybrnąć z tego kręgu tematycznego, ale niepewnie zadałam jej pytanie, które w wymiarze ogólnym było takim mechanizmem uspokajającym. Spytałam dlaczego ludzie nie świętują na pogrzebach, tylko wylewają łzy i okazują smutek.? Pewna Pani profesor poprosiła ostatnio moją przyjaciółkę - Sylvii, żeby zaśpiewała na jej pogrzebie. Kilka z tych, na których bywałam też było okraszonych tematami muzycznymi.
- Nie myślałaś więc o tym, że może na innym lądzie będziesz szczęśliwsza? - spytałam
Spojrzałyśmy na siebie i dostrzegłam, że w kącikach jej ust nieśmiało czai się uśmiech. Potem spytała, czy w najbliższy poniedziałek pójdę z nią na pogrzeb jakiejś młodej dziewczyny. Na klepsydrze wyczytała, że zginęła śmiercią tragiczną...Nie chciałam w tym brać udziału i ona to szanowała.
Podała mi słodkiego papierosa, który pozostawił mdłości i ostre pieczenie. Czułam jakieś obłąkańcze uwięzienie. Musiałam się przejść. Łagodne, miękkie światło przedzierało się przez korony drzew wprost na osamotnione alejki i wytyczało drogę do osiągnięcia równowagi. Pożegnanie nasze było krótkie i tak naturalne, jakbyśmy znały się od lat.
Spotkałyśmy się po kilku dniach na pogrzebie jakiegoś mundurowego. Poza piękną oprawą, fajerwerkami i dywanem ludzi, panowały tam emocje, które tłamszone gniły w środku. Stanęłyśmy uczepione siebie i po chwili szybkim marszem wyszłysmy z cmentarza, z postanowieniem, że już nigdy nie przyjdziemy na żaden pogrzeb.
Popołudniu zasłabła i zawiozłam ją do szpitala. Dopiero wówczas dowiedziałam się jak poważnie jest chora. Miałam czas na przepracowanie w sobie emocji. Myśli moje i uczucia były jednorodne. Kłębiły się i musiały znależć ujście. Nie chciała tam zostać, więc poprosiła, żebym zabrała ją do domu. Rozmawiałyśmy do rana.
- Nie chciałabyś patrzeć i dostrzegać, słyszeć i czuć tak, jak nigdy wcześniej i tak, jakbyś przedtem tych zmysłów nie używała i nawet nie znała? - spytałam ją przy kawie.
Nie myśl o nadchodzącym końcu, tylko zbieraj tęczę, stąpaj po rosie o poranku, zakochaj się, nie wiem, rób coś, żeby nie być martwą za życia.
Nasze kolejne spotkania były dla Niej żywą reaktywacją. Stały się nieuchronne, inspirujące, subtelne. Ujawniały jej ogromną wrażliwość, wyczucie chwili i mądrość. Nie mogłam pojąć, że w ułamku chwili odejdzie, płynność nie zostanie zachowana, piękno sytuacyjne zostanie bezpowrotnie utracone. A symbolika miejsca, w którym się poznałyśmy, stanie się tak wymowna. Będzie początkiem i końcem wspólnie przebytej drogi. Najwyższa wartość wyrażona poprzez przyjaźń 'do grobowej deski' będzie jak najstabilniejsza nawet forma, ale zwyczajnie odebrana.To wspólne poszukiwanie tajemnych przejść, nieustanne kluczenie przynosiło mi urokliwe uwolnienie...
Odeszła z niepowstrzymanym wirem myśli, słów, wrażeń i pragnień. Wszystko to co "ponad" wciąż jest poza czasem.
Potrzebuje hibernacji, gdy tęsknię....tak zwyczajnie i nie-zwyczajnie.
niedziela, 30 maja 2010
poniedziałek, 10 maja 2010
Work in progress
wtorek, 4 maja 2010
Wczorajsze otulenie

To miejsce było mi jednak w jakiś szczególny sposób bliskie. Atmosfera tej chwili była ciepła, przyjazna i w swej surowości prawdziwa. Stała się magicznym dotykiem kameralnej rzeczywistości. Sprawiała, ze moje myśli przestały się rozpychać w niewygodzie, nie chciały być już jedyną, ostateczną prawdą obiektywną. Mało jest takich sytuacji, w których osiągam taki stan. A ja w niewypowiedzianym zachwycie chcialam tu pozostać, wrastac w tę przestrzeń i krajobraz. Więcej w tym miejscu znalazłam, niż straciłam.
W tym patrzeniu na pachnące zbutwiałym drewnem wnętrze kaplicy starałam sie o dyskrecję, intymność, dialog z niepodręcznikową duszą. Taki, który jest mi najbliższy.
Dzień, dyktowany przez zmienną aurę, skierował mnie w stronę domku gospodarzy, w którym bywałam gościnnie. Zmiękczona dusznym powietrzem, zajadając kolorowe landrynki, szkicowałam kominek, martwy i zimny. Oczami wyobraźni widziałam w nim tańczący swobodnie, jak energia uczuć, ogień.
Czasami wystarczy iskra, by rozniecić płomień..
poniedziałek, 3 maja 2010
Osobowość miłości
Czasami mysli jego były tak synchroniczne z jej kosmosem umysłu, jakby kradł je podczas snu.
Była jego osiągalnym bólem i nieosiągalną troską.
Pożądał jej czytelnej emocjonalnie erupcji ciepła, jak rozgrzanych ramion, ust i wszystkiego, co z niej pochodziło.
To czym byli dla siebie było sekretem ich dusz.
Zastygły dumnie i majestatycznie jak lawa moment był jedyną i słuszną oznaką łączącej ich tęsknoty.
On tonął w niej, w jej spojrzeniu rozlewnym i przygaszonym. A jej milczące oczy mówiły więcej, niż dotyk.
Zapach mężczyzny, jej mężczyzny, który rozlokował się w powietrzu był zaproszeniem do łapczywego smakowania tajemnicy szczęścia. Poczęstowała go swoją krainą, zagarnęła dla siebie na zawsze.
Cisnęła w kąt całą negatywną i niepochlebną wiedzę o miłości.
Patrzyła i dostrzegała bez ograniczeń i wartościowania.
Kropla łzy przespacerowała się po jej twarzy jak rozlewisko czerwieni z filmu noir.
Po miłosnym spełnieniu wpatrywała się w mapę pęknięć na ścianie jak w dzieło życia, które wytyczyło ścieżki uczuć...
kręte, skomplikowane, wyraźne i jej własne...
poniedziałek, 12 kwietnia 2010
PRELUDIUM DESZCZOWE

Czerwień nieba rozlała się o świcie nad miastem, niczym nuklearny żar piekielny...
Swoisty strumień ciepła...
jak letni deszcz, który obmywa miłością wyschnięte i w swoim nienasyceniu zmarznięte dusze.
Refleksyjna Muzyka...
jak orzeźwiające powietrze, muskające zmysły na scenie życia.
Miękkie zamyślenie...
nad przemijaniem, miłością, człowiekiem i resztą obsady świata...
środa, 10 lutego 2010
niedziela, 7 lutego 2010
Styczniowe, sobotnie przedstawienie 'Moulin Rouge' w Chatce Żaka przypomniało mi jak mocno poprzez taniec i muzykę następuje zetknięcie ze zmysłowością. Ale nie będę tu teraz pisać o obcowaniu z rzeczywistością pozasłowną, tak bardzo mi bliską, bo to temat na oddzielną rozprawę.
Ostatecznie czułam się jakbym spółkowała z tajemnicą, zaklętą w dźwiękach.
Kiedy oglądałam ten musical, myślałam o kostiumowych projektach Tee i scenografii do zagranicznej sztuki o francuskiej bohemie, anatomii uwodzenia i surrealiźmie, ukrytym na przedmieściach artystowskiego Paryża. Premiera miała być w Londynie. Od tygodnia czekałam na Tee, by w przelotnym splocie rozpędzonych i internsywnych dni wstąpiła w rejony swojego rodzinnego domu.
Umówiłyśmy się na pogaduchy, żeby nasycyć się swoją obecnością na najbliższe miesiące. W myślach wyrysowałam obraz historii o iluzorycznym uczuciu, o którym Tee mówiła z wypiekami na twarzy, popalając fajkę z lufki. Była to opowieść o namiastce świata, oszałamiającego i zmysłowego, zbudowanego z rozbudzonych oczekiwań. Takich, które zmieniają się wraz z wkraczaniem w kolejny etap dojrzałości. I wyrastania bezpowrotnie z epoki romantyzmu.
Historia ta jawiła mi się na kilka sposobów, ale ten wydał mi się najbliższy wizji związanej z karmicznym połączeniem dwojga ludzi, które nigdy nie poznało słowa "the end". Kreatorem sytuacji i tej opowieści była kobieta - nieuchwytna, zagadkowa, zmienna. Kobieta, która w świecie uczuciowej i emocjonalnej impotencji, uosabiała czułość i potrafiła wyzwolić w mężczyźnie wolnego ducha. Przezroczystość i tajemniczność tej opowieści pozwalała mi na ulokowanie w niej ludzkich tęsknot, o których wiem, że są częścią każdego człowieka. I które czuje, widzę w chwilach skradzionych pospiesznej codzienności.
Rozmawiałam z Tee i wraz z kolejną scenografią, halką i pończochą, którą mi wyrysowała, budowałam obraz, który krystalizował się w moich myślach w sposób gładki, lekki i przejrzysty... Nie mogłam uciec od myśli o Moulin Rouge.
Fabuła opowieści, widzianej moimi oczami, miała swój początek w wielopłciowym, letnim Paryżu, z którego artyści czerpią inspirację i pewność w działaniu.
Ona...
- Opowiedz mi o niej, przemyśl temat, opisz jak ją sobie wyobrażasz i wyślij mi to w mailu - naciskała Tee...
Ona...hmm. Dla mnie musiała uwielbiać Paryż, którego magia po deszczu rozlewała się na nowo, niczym słońce w bezchmurny dzień. Jej 'prywatne' miasto stroiło się w paletę barw i dzikości, ukrytej za okiennicami domów i niedoświetlonych ulic. Między jaskrawym niebem a ubitą ziemią, między nocą, a dniem, czekała aż w gorące południe poczuje kropelki potu na głębokim dekolcie, zamiast porannej rosy na stopach, której pieszczotliwy dotyk tak lubiła.
W tym monumentalnym i dusznym miejscu tajemnicy miłość była sprostytuowana, ale wyrafinowana. Była podróżą w głąb niedopowiedzenia, okraszonego niepokojem i namiętnością.
Moja bohaterka miała krwisto-rude włosy do ramion, morelowe policzki i zielono-morskie oczy. Usta malowała szminką w kolorze Rouge à lèvres, która wyjątkowo pasowała do jej bladej karnacji. Było w niej coś 'bergmanowskiego". Coś utrzymanego w klimacie schyłkowym z odcienią szarości.
Szła pewnie, delikatnie kołysząc biodrami. Poruszała się z wielką gracją, nawet w niebotycznie wysokich szpilkach. Codziennie wychodziła z domu o świcie. I wracała późnym wieczorem. Lecz jej twarz nigdy nie nosiła śladów zmęczenia, raczej emanowała z niej magiczna siła, która przyciągała wzrok i domagała się uwagi.
A On?...
On...Był od niej dużo starszy, dość zdecydowany i dojrzały. Od paru miesięcy spotykał się z Adele. Była słodko-uprzejma i śliczna. Nie zastanawiał się czy to jest to, czego szukał, do momentu, kiedy szedł w kierunku kina na rue des Vosges i zobaczył kobietę, która wstrzymywała ruch uliczny, rozpuszczając delikatną dłonią swoje puszyste włosy.
Szukała zaciekawionym wzrokiem czegoś nieuchwytnego. Uwielbiała odgadywać pragnienia i ludzkie myśli. I to wtedy ich spojrzenie przelotnie się spotkało. Jego wzrok był wyprzedzający i niezachłanny. Coś nieznanego porwało jego zmysły, wdarło się do jego duszy, spokojnie przechadzając się po zakamarkach wnętrza. Wówczas nie wiedział jeszcze, że ta chwila w jego osobnej egzystencji będzie miała wpływ na dalsze jego życie.
W dżdżysty niedzielny wieczór doświadczył czegoś ważnego, czego nie można było zmarnować i utracić. Czuł, że ona jest właśnie tą kobietą, którą nieustannie i potajemnie chce zdobywać udając, że z tego kiedyś zrezygnuje. Kobiety, które wcześniej spotykał zawsze odchodziły, obarczone wątpliwościami, pobudzone i zawiedzione. A ona...nigdy nie miała w sobie negatywnych uczuć. Oddalała się po to, by tym pewniej go posiąść.
W końcu nadszedł ten dzień. Ten moment, w którym bez wątpienia stwierdził, że traci umiejętność przeżycia w świecie, że natrętne myśli o tym, co się zadziało w jego umyśle odbierają mu powietrze. Nie był to model uczucia opartego na poczuciu bezpieczeństwa i wzajemności. Nic przecież o niej nie wiedział, a mimo to nie mógł zapomnieć.
Poczuł, że chce, by to nienazwane uczucie było czymś więcej, niż tylko snem duchowym. Że pragnie już do końca utrzymać ten stan, dotąd mu nieznany, że nie chce już nigdy czuć się inaczej. Musiał coś zrobić. Utrata obiektu pragnienia odebrałaby mu życie emocjonalne, którego wcześniej nie miał. Uśmierciła jego aktywność. A tego nie chciał, bo tylko wtedy czuł się spełniony.
Chciał przebywać blisko niej, dlatego wynajął ciasny kąt naprzeciwko jej domu. Ciemne poddasze wypełniał wykrochmalony zapach pościeli i farby drukarskiej. W kącie zalegały obrazy i skrzynia z książkami. Ta przestrzeń stała się częścią tej opowieści. Historii, która wyrwała go z nijakości. To miejsce kryło w sobie tajemnice, schowane za szafą. Mały pokój miał blado-zielone ściany i posłodzoną lukrem wykładzinę. Właściwie miał swój urok, bo z okna był widok na kompleks malowniczych kamieniczek i ogródek klubu jazzowego. Wieczorami unosił się zapach wolności, paryskich perfum, a światła neonowych reklam zaglądały bezwstydnie w okna jego pokoju.
Tego wieczoru siedział wtopiony w wiklinowy fotel, kiedy szyba obwieściła swą przejrzystością, że ulewny deszcz przestał padać. Wtedy ją zobaczył. Leniwie czesała włosy, a potem zdjęła bieliznę, którą powiesiła na zmurszałej poręczy od łóżka. Obserwował ją często i z niekłamaną satysfakcją śledził każdy jej ruch. Jej reakcje były spektaklem, jakby czuła, że jest podglądana.
Ceniła w mężczyznach pewność siebie, zdecydowanie i siłę. Ale nie taką, która tkwiła w słabości. Bo ta myśl, idąc za Barthesem, którego popołudniami wertowała przy lampce wina, była podstępem i pułapką. Tak, uwielbiała studiować teksty Pana B. i nasycać się jego słowami, które przemawiały do niej w sposób sensoryczny. Dzięki niemu wnikliwie poznawała wnętrze swoich namiętności, pozostawiając obsesje i lęki w stanie nienaruszonym.
A on - co podkręślała dość dobitnie scena nad fontanną, o której szepnęłam słowo Tee- on śnił o czymś organicznym i namacalnym. Ale zamiast inter-akcji, uporczywie zaprzeczał i wypierał to, co od dawna czuł. Wiedział, że ta kobieta miała w sobie coś z diabolicznej mocy, potrafiącej ujarzmić każdego mężczyznę. Podejrzewał, że ma w sobie seksualną pasję i wrażliwość , jakiej nigdy nie znał i nie doświadczył. Była nieuchwytna i zarazem fascynująca w swej naturalności. Ale uporczywe "Nie" stało się początkiem. Powszechna stała się dla niego strategia zaprzeczenia i zamiany "nie mogę" na "nie chcę". Wolał wierzyć, że ów podmiot jego marzeń po prostu nie jest partnerem relacji, niż przyznać, że ona może go odrzucić albo sztuka ars amandi może się okazać zawodna, czy ułomna.
Widywał ją w towarzystwie artystów i pierwszy raz doświadczył uczucia zazdrości. Wiedział, że jest to cena, którą płaci za monologowanie. W duchu wiedział, że ona czekała na dialog, wyrażała gotowość do współbycia, nawiązania relacji. Z czasem nawet zorientowała się, że za nią chodzi i ją podgląda. Odnajdywała w tym przyjemność i czuła, że jest w tym coś szalenie metafizycznego, podniecającego i symptomatycznego. Celowo nie zasłaniała okien, by w pełnym swietle karmił zmysły i sycił wzrok każdym fragmentem jej filigranowego ciała. Nigdy nie dawała sobą zawładnąć na zasadach wykreowanych przez mężczyznę. Ale potrafiła dobrowolnie umierać dla własnych roszczeń, jednocześnie dając sobie przestrzeń do bycia sobą.
"Dziś powiesz jej, że jestem dla ciebie" - te słowa zastał wypisane na kartce pod drzwiami, kiedy wracał do swojego tymczasowego lokum. Szeptały mu w wyobraźni do ucha, jak powtarzana w kółko kołysanka, podsuwając rozwiązania szalone, bez cienia logiki, czy sensu. Miotał się po domu jak lew w klatce, bo przecież była Adele, która miała względem niego poważne oczekiwania.
- Nie, nie mów mi jak to się skończyło - chwyciła mnie za rękę Tee.
Powiem tylko, że ...
... po kilkunastu latach błagał w myślach o jej utraconą obecność. W niespełnieniu analizował swą wewnętrzną samotność, oswajając jej przyczyny i skutki. Cały kurs popadania w rozpacz przerobił na nowo, a jego ból zastygł w kamiennej architekturze miasta. W powietrzu czuł jeszcze jej zapach, za którym chodził wówczas tygodniami.
12 lat później wrócił do Paryża, by przemierzać miasto w ulewną noc i poddać się strumieniowi deszczu. Kroplom siarczystej ulewy, która miała wypłukać natrętne myśli. Czarne jak bielizna, którą nosiła i jak obsesje, które zabijał w sobie.
Paryska noc była nabrzmiała bezcelowym błąkaniem się i narastającą rozpaczą, ale jednocześnie w tych ciemnych uliczkach ożył mit raju utraconego..
sobota, 23 stycznia 2010
czwartek, 21 stycznia 2010
Z niebieskiej, jesiennej szuflady..
Pod stopami chlupotała płytka kałuża. Samochód, ktory mnie minął pędził tak, jakby chciał przegonić czas.
Często wyobrażałam sobie jak stoję w deszczu na środku drogi z zamkniętymi oczami i staję się przeźroczysta dla pędzących aut...
Uchylona jak okno "Nieobecność"...
***
Moment przyłapany na gorącym uczynku,
gdy ciało kradnie ciało
zachłannie wpijając się i tuląc
w połamanym rytmie, jaki wyznacza taniec nocy z porankiem
Oddech w ciemnościach obłoków
rozpala i szarpie tętno
zaraża, znieczula, pieści...
jak noc wyścielona granatowo-gwieździstym pluszem
***
Cichy szmer płynącego po oblodzonej drodze autobusu przymykał i uchylał moje ciężkie powieki. Żeby nie zasnąć, z dużą wnikliwością zaczęłam przyglądałać się ludziom, którzy podróżując z pracy do domu nieśli ze sobą jakieś refleksje codzienności.
Pytanie, które uczepiło się moich myśli sprowadzało się do jednej kwestii:
Czy można wiele powiedzieć o człowieku nie znając jego oczu, jego uśmiechu i posmaku łez?
Nie znając jego wczoraj, jego dziś i jutra?
Nie wiedząc w jaki sposób rozmawia i o czym marzy?
Nie można nic.
Zwłaszcza jeśli milczy głosem słodkim jak bombonierka lub słowem gorzkim objawia się w gromowładnej, lecz stałocieplnej postaci.
Jak porcelanowa chińska lalka tuż przed wypiekiem w piecu, poblakłam przekonana, że dopiero od zdziwienia światem, życiem i tym, co zobaczyłam w pejzażu minionych chwil i zdarzeń, zaczęła się moja zabłąkana gdzieś wiara w bezwzględnie czysty spokój.
To chwile tzw. “mniejszej ważności” potrafią nas odbudować, nasączyć czymś nowym, delikatnym i lirycznym.
Gdyby wydarzenia, losy i emocje ulegały błyskawicznej degradacji byłoby inaczej, może łatwiej, ale czy prawdziwiej?. Obudzić się bez wspomnień, z zeszytem zapomnień, przestronni i swobodni niczym bezkresna pustynia? Tego nie chcę...
****
Gdy w pewnych momentach życia potrzebujesz oddalenia i otacza cie zimna, opustoszała przestrzeń, dwukrotnie mocniej widzisz siebie. Przełamujesz ten małostkowy, nieznośny upór i dostrzegasz. To jest jak zderzenie dwóch egzystencji, dwóch kosmosów, dwóch przeciwległych biegunów wrażliwości, będących jednak nadal tobą.
Czasami nie zdarzy się nic, by mogło się zadziać wszystko.
Ja - własna, poza koniecznością, nakazem, zakazem. Mimo, że swiat wydaje się czasem ciemny, wrogi, taki, jakby zupełnie nie używał zmysłów wzroku, słuchu, węchu...
Ból bierze w kwadratowy i pogrubiony nawias rzeczywistość, która istnieje poza granicami mojego codziennego życia. Gdy skumulowane doświadczenia ubiegłych lat wracają w postaci snów, halucynacji. Gdy każda tkanka, ulepiona ze słów odradza się na nowo we mnie.
A impuls i reakcja potrafi zarówno leczyć, jak i spopielać, czy zdrapać z twarzy grymas szczęścia...
Tylko przewlekły ból jest realny i jednoznaczny.
poniedziałek, 21 grudnia 2009
Napisz mnie...
Czy książki chcą być napisane? Czy chcą by nazywać to, co nienazwane?
Wyjęzyczyć swój świat, a w nim siebie?
Paroles, paroles, paroles - moje ID?
Całkiem trzeźwa pretensja do siebie, że nie chce mi się kąsać...
I tak poklaskali, poklepali, po...
***
Czytam właśnie eN-tą wersję książki przyjaciółki. To propozycja naukowa, ale zaczynam się z nią odrobinę utożsamiać, zlewać i tonąć w poszczególnych rozdziałach. Powoli tracę dystans. Ale z minuty na minutę ubogacam nią sferę językowych poszukiwań.
To lektura, która nie powoduje "spalenia umysłu", troche krzyczy i ma ten pazur oraz nerw, który tak lubię.
Po wydaniu zacznie żyć własnym życiem. Zostanie skonsumowana, będzie oceniana, wartościowana, ale czuje, a nawet wiem, że nie zginie w natłoku publikacji.
Odpowiedzialność pisarza nie jest tylko i wyłącznie triumfem jego ego, podsycanym poczuciem nieomylności.
Bo tylko ten, który miewa wątpliwości, nigdy nie będzie wydawał kategorycznych sądów i opinii. Choć uzasadnione wdrukowanie siebie chroni autora przed odczytaniem jego dzieła w sposób inny, niż sobie założył.
Jednak wraz z ostatnią linijką i spisem treści jego udział w dalszym życiu książki kończy się. Bezpowrotnie. Nie możemy dołączyć do niej instrukcji obsługi, jak ją mamy rozumieć, jak odczytywać.
Każdy we właściwy dla siebie sposób będzie ją widział i rozumiał.
Zakomponuje sobie ten świat według nieocenzurowanej przez nikogo intuicji
Zwerbalizuje po swojemu emocję błądzącą w przestrzeni niewyrażalności
Pomyśli raz kolorami...
