“There are two ways to reach me: by way of kisses or by way of the imagination. But there is a hierarchy: the kisses alone don’t work.”/Anaïs Nin

niedziela, 7 lutego 2010

Styczniowe, sobotnie przedstawienie 'Moulin Rouge' w Chatce Żaka przypomniało mi jak mocno poprzez taniec i muzykę następuje zetknięcie ze zmysłowością. Ale nie będę tu teraz pisać o obcowaniu z rzeczywistością pozasłowną, tak bardzo mi bliską, bo to temat na oddzielną rozprawę.


Ostatecznie czułam się jakbym spółkowała z tajemnicą, zaklętą w dźwiękach.


Kiedy oglądałam ten musical, myślałam o kostiumowych projektach Tee i scenografii do zagranicznej sztuki o francuskiej bohemie, anatomii uwodzenia i surrealiźmie, ukrytym na przedmieściach artystowskiego Paryża. Premiera miała być w Londynie. Od tygodnia czekałam na Tee, by w przelotnym splocie rozpędzonych i internsywnych dni wstąpiła w rejony swojego rodzinnego domu.


Umówiłyśmy się na pogaduchy, żeby nasycyć się swoją obecnością na najbliższe miesiące. W myślach wyrysowałam obraz historii o iluzorycznym uczuciu, o którym Tee mówiła z wypiekami na twarzy, popalając fajkę z lufki. Była to opowieść o namiastce świata, oszałamiającego i zmysłowego, zbudowanego z rozbudzonych oczekiwań. Takich, które zmieniają się wraz z wkraczaniem w kolejny etap dojrzałości. I wyrastania bezpowrotnie z epoki romantyzmu.


Historia ta jawiła mi się na kilka sposobów, ale ten wydał mi się najbliższy wizji związanej z karmicznym połączeniem dwojga ludzi, które nigdy nie poznało słowa "the end". Kreatorem sytuacji i tej opowieści była kobieta - nieuchwytna, zagadkowa, zmienna. Kobieta, która w świecie uczuciowej i emocjonalnej impotencji, uosabiała czułość i potrafiła wyzwolić w mężczyźnie wolnego ducha. Przezroczystość i tajemniczność tej opowieści pozwalała mi na ulokowanie w niej ludzkich tęsknot, o których wiem, że są częścią każdego człowieka. I które czuje, widzę w chwilach skradzionych pospiesznej codzienności.


Rozmawiałam z Tee i wraz z kolejną scenografią, halką i pończochą, którą mi wyrysowała, budowałam obraz, który krystalizował się w moich myślach w sposób gładki, lekki i przejrzysty... Nie mogłam uciec od myśli o Moulin Rouge.


Fabuła opowieści, widzianej moimi oczami, miała swój początek w wielopłciowym, letnim Paryżu, z którego artyści czerpią inspirację i pewność w działaniu.


Ona...


- Opowiedz mi o niej, przemyśl temat, opisz jak ją sobie wyobrażasz i wyślij mi to w mailu - naciskała Tee...


Ona...hmm. Dla mnie musiała uwielbiać Paryż, którego magia po deszczu rozlewała się na nowo, niczym słońce w bezchmurny dzień. Jej 'prywatne' miasto stroiło się w paletę barw i dzikości, ukrytej za okiennicami domów i niedoświetlonych ulic. Między jaskrawym niebem a ubitą ziemią, między nocą, a dniem, czekała aż w gorące południe poczuje kropelki potu na głębokim dekolcie, zamiast porannej rosy na stopach, której pieszczotliwy dotyk tak lubiła.


W tym monumentalnym i dusznym miejscu tajemnicy miłość była sprostytuowana, ale wyrafinowana. Była podróżą w głąb niedopowiedzenia, okraszonego niepokojem i namiętnością.


Moja bohaterka miała krwisto-rude włosy do ramion, morelowe policzki i zielono-morskie oczy. Usta malowała szminką w kolorze Rouge à lèvres, która wyjątkowo pasowała do jej bladej karnacji. Było w niej coś 'bergmanowskiego". Coś utrzymanego w klimacie schyłkowym z odcienią szarości.


Szła pewnie, delikatnie kołysząc biodrami. Poruszała się z wielką gracją, nawet w niebotycznie wysokich szpilkach. Codziennie wychodziła z domu o świcie. I wracała późnym wieczorem. Lecz jej twarz nigdy nie nosiła śladów zmęczenia, raczej emanowała z niej magiczna siła, która przyciągała wzrok i domagała się uwagi.


A On?...


On...Był od niej dużo starszy, dość zdecydowany i dojrzały. Od paru miesięcy spotykał się z Adele. Była słodko-uprzejma i śliczna. Nie zastanawiał się czy to jest to, czego szukał, do momentu, kiedy szedł w kierunku kina na rue des Vosges i zobaczył kobietę, która wstrzymywała ruch uliczny, rozpuszczając delikatną dłonią swoje puszyste włosy.

Szukała zaciekawionym wzrokiem czegoś nieuchwytnego. Uwielbiała odgadywać pragnienia i ludzkie myśli. I to wtedy ich spojrzenie przelotnie się spotkało. Jego wzrok był wyprzedzający i niezachłanny. Coś nieznanego porwało jego zmysły, wdarło się do jego duszy, spokojnie przechadzając się po zakamarkach wnętrza. Wówczas nie wiedział jeszcze, że ta chwila w jego osobnej egzystencji będzie miała wpływ na dalsze jego życie.


W dżdżysty niedzielny wieczór doświadczył czegoś ważnego, czego nie można było zmarnować i utracić. Czuł, że ona jest właśnie tą kobietą, którą nieustannie i potajemnie chce zdobywać udając, że z tego kiedyś zrezygnuje. Kobiety, które wcześniej spotykał zawsze odchodziły, obarczone wątpliwościami, pobudzone i zawiedzione. A ona...nigdy nie miała w sobie negatywnych uczuć. Oddalała się po to, by tym pewniej go posiąść.


W końcu nadszedł ten dzień. Ten moment, w którym bez wątpienia stwierdził, że traci umiejętność przeżycia w świecie, że natrętne myśli o tym, co się zadziało w jego umyśle odbierają mu powietrze. Nie był to model uczucia opartego na poczuciu bezpieczeństwa i wzajemności. Nic przecież o niej nie wiedział, a mimo to nie mógł zapomnieć.


Poczuł, że chce, by to nienazwane uczucie było czymś więcej, niż tylko snem duchowym. Że pragnie już do końca utrzymać ten stan, dotąd mu nieznany, że nie chce już nigdy czuć się inaczej. Musiał coś zrobić. Utrata obiektu pragnienia odebrałaby mu życie emocjonalne, którego wcześniej nie miał. Uśmierciła jego aktywność. A tego nie chciał, bo tylko wtedy czuł się spełniony.


Chciał przebywać blisko niej, dlatego wynajął ciasny kąt naprzeciwko jej domu. Ciemne poddasze wypełniał wykrochmalony zapach pościeli i farby drukarskiej. W kącie zalegały obrazy i skrzynia z książkami. Ta przestrzeń stała się częścią tej opowieści. Historii, która wyrwała go z nijakości. To miejsce kryło w sobie tajemnice, schowane za szafą. Mały pokój miał blado-zielone ściany i posłodzoną lukrem wykładzinę. Właściwie miał swój urok, bo z okna był widok na kompleks malowniczych kamieniczek i ogródek klubu jazzowego. Wieczorami unosił się zapach wolności, paryskich perfum, a światła neonowych reklam zaglądały bezwstydnie w okna jego pokoju.


Tego wieczoru siedział wtopiony w wiklinowy fotel, kiedy szyba obwieściła swą przejrzystością, że ulewny deszcz przestał padać. Wtedy ją zobaczył. Leniwie czesała włosy, a potem zdjęła bieliznę, którą powiesiła na zmurszałej poręczy od łóżka. Obserwował ją często i z niekłamaną satysfakcją śledził każdy jej ruch. Jej reakcje były spektaklem, jakby czuła, że jest podglądana.


Ceniła w mężczyznach pewność siebie, zdecydowanie i siłę. Ale nie taką, która tkwiła w słabości. Bo ta myśl, idąc za Barthesem, którego popołudniami wertowała przy lampce wina, była podstępem i pułapką. Tak, uwielbiała studiować teksty Pana B. i nasycać się jego słowami, które przemawiały do niej w sposób sensoryczny. Dzięki niemu wnikliwie poznawała wnętrze swoich namiętności, pozostawiając obsesje i lęki w stanie nienaruszonym.


A on - co podkręślała dość dobitnie scena nad fontanną, o której szepnęłam słowo Tee- on śnił o czymś organicznym i namacalnym. Ale zamiast inter-akcji, uporczywie zaprzeczał i wypierał to, co od dawna czuł. Wiedział, że ta kobieta miała w sobie coś z diabolicznej mocy, potrafiącej ujarzmić każdego mężczyznę. Podejrzewał, że ma w sobie seksualną pasję i wrażliwość , jakiej nigdy nie znał i nie doświadczył. Była nieuchwytna i zarazem fascynująca w swej naturalności. Ale uporczywe "Nie" stało się początkiem. Powszechna stała się dla niego strategia zaprzeczenia i zamiany "nie mogę" na "nie chcę". Wolał wierzyć, że ów podmiot jego marzeń po prostu nie jest partnerem relacji, niż przyznać, że ona może go odrzucić albo sztuka ars amandi może się okazać zawodna, czy ułomna.


Widywał ją w towarzystwie artystów i pierwszy raz doświadczył uczucia zazdrości. Wiedział, że jest to cena, którą płaci za monologowanie. W duchu wiedział, że ona czekała na dialog, wyrażała gotowość do współbycia, nawiązania relacji. Z czasem nawet zorientowała się, że za nią chodzi i ją podgląda. Odnajdywała w tym przyjemność i czuła, że jest w tym coś szalenie metafizycznego, podniecającego i symptomatycznego. Celowo nie zasłaniała okien, by w pełnym swietle karmił zmysły i sycił wzrok każdym fragmentem jej filigranowego ciała. Nigdy nie dawała sobą zawładnąć na zasadach wykreowanych przez mężczyznę. Ale potrafiła dobrowolnie umierać dla własnych roszczeń, jednocześnie dając sobie przestrzeń do bycia sobą.


"Dziś powiesz jej, że jestem dla ciebie" - te słowa zastał wypisane na kartce pod drzwiami, kiedy wracał do swojego tymczasowego lokum. Szeptały mu w wyobraźni do ucha, jak powtarzana w kółko kołysanka, podsuwając rozwiązania szalone, bez cienia logiki, czy sensu. Miotał się po domu jak lew w klatce, bo przecież była Adele, która miała względem niego poważne oczekiwania.


- Nie, nie mów mi jak to się skończyło - chwyciła mnie za rękę Tee.


Powiem tylko, że ...


... po kilkunastu latach błagał w myślach o jej utraconą obecność. W niespełnieniu analizował swą wewnętrzną samotność, oswajając jej przyczyny i skutki. Cały kurs popadania w rozpacz przerobił na nowo, a jego ból zastygł w kamiennej architekturze miasta. W powietrzu czuł jeszcze jej zapach, za którym chodził wówczas tygodniami.


12 lat później wrócił do Paryża, by przemierzać miasto w ulewną noc i poddać się strumieniowi deszczu. Kroplom siarczystej ulewy, która miała wypłukać natrętne myśli. Czarne jak bielizna, którą nosiła i jak obsesje, które zabijał w sobie.


Paryska noc była nabrzmiała bezcelowym błąkaniem się i narastającą rozpaczą, ale jednocześnie w tych ciemnych uliczkach ożył mit raju utraconego..



czwartek, 21 stycznia 2010

Z niebieskiej, jesiennej szuflady..



Pod stopami chlupotała płytka kałuża. Samochód, ktory mnie minął pędził tak, jakby chciał przegonić czas.


Często wyobrażałam sobie jak stoję w deszczu na środku drogi z zamkniętymi oczami i staję się przeźroczysta dla pędzących aut...


Uchylona jak okno "Nieobecność"...


***



Moment przyłapany na gorącym uczynku,

gdy ciało kradnie ciało

zachłannie wpijając się i tuląc

w połamanym rytmie, jaki wyznacza taniec nocy z porankiem


Oddech w ciemnościach obłoków

rozpala i szarpie tętno

zaraża, znieczula, pieści...

jak noc wyścielona granatowo-gwieździstym pluszem



***

Cichy szmer płynącego po oblodzonej drodze autobusu przymykał i uchylał moje ciężkie powieki. Żeby nie zasnąć, z dużą wnikliwością zaczęłam przyglądałać się ludziom, którzy podróżując z pracy do domu nieśli ze sobą jakieś refleksje codzienności.

Pytanie, które uczepiło się moich myśli sprowadzało się do jednej kwestii:

Czy można wiele powiedzieć o człowieku nie znając jego oczu, jego uśmiechu i posmaku łez?

Nie znając jego wczoraj, jego dziś i jutra?

Nie wiedząc w jaki sposób rozmawia i o czym marzy?

Nie można nic.

Zwłaszcza jeśli milczy głosem słodkim jak bombonierka lub słowem gorzkim objawia się w gromowładnej, lecz stałocieplnej postaci.

Jak porcelanowa chińska lalka tuż przed wypiekiem w piecu, poblakłam przekonana, że dopiero od zdziwienia światem, życiem i tym, co zobaczyłam w pejzażu minionych chwil i zdarzeń, zaczęła się moja zabłąkana gdzieś wiara w bezwzględnie czysty spokój.

To chwile tzw. “mniejszej ważności” potrafią nas odbudować, nasączyć czymś nowym, delikatnym i lirycznym.

Gdyby wydarzenia, losy i emocje ulegały błyskawicznej degradacji byłoby inaczej, może łatwiej, ale czy prawdziwiej?. Obudzić się bez wspomnień, z zeszytem zapomnień, przestronni i swobodni niczym bezkresna pustynia? Tego nie chcę...

****

Gdy w pewnych momentach życia potrzebujesz oddalenia i otacza cie zimna, opustoszała przestrzeń, dwukrotnie mocniej widzisz siebie. Przełamujesz ten małostkowy, nieznośny upór i dostrzegasz. To jest jak zderzenie dwóch egzystencji, dwóch kosmosów, dwóch przeciwległych biegunów wrażliwości, będących jednak nadal tobą.

Czasami nie zdarzy się nic, by mogło się zadziać wszystko.

Ja - własna, poza koniecznością, nakazem, zakazem. Mimo, że swiat wydaje się czasem ciemny, wrogi, taki, jakby zupełnie nie używał zmysłów wzroku, słuchu, węchu...

Ból bierze w kwadratowy i pogrubiony nawias rzeczywistość, która istnieje poza granicami mojego codziennego życia. Gdy skumulowane doświadczenia ubiegłych lat wracają w postaci snów, halucynacji. Gdy każda tkanka, ulepiona ze słów odradza się na nowo we mnie.

A impuls i reakcja potrafi zarówno leczyć, jak i spopielać, czy zdrapać z twarzy grymas szczęścia...

Tylko przewlekły ból jest realny i jednoznaczny.


♪ ♭ ♩ ♫ ♬ ♪ ♫ ♪ ♩♭ ♫ ♬ ♪ ♭ ♫♩ ♪ ♭ ♫ ♩♬ ♪ ♭


Dźwięki na chwilę zapomnienia... (klik)




poniedziałek, 21 grudnia 2009

Napisz mnie...


Czy książki chcą być napisane? Czy chcą by nazywać to, co nienazwane?


Wyjęzyczyć swój świat, a w nim siebie?


Paroles, paroles, paroles - moje ID?


Całkiem trzeźwa pretensja do siebie, że nie chce mi się kąsać...


I tak poklaskali, poklepali, po...


***


Czytam właśnie eN-tą wersję książki przyjaciółki. To propozycja naukowa, ale zaczynam się z nią odrobinę utożsamiać, zlewać i tonąć w poszczególnych rozdziałach. Powoli tracę dystans. Ale z minuty na minutę ubogacam nią sferę językowych poszukiwań.


To lektura, która nie powoduje "spalenia umysłu", troche krzyczy i ma ten pazur oraz nerw, który tak lubię.


Po wydaniu zacznie żyć własnym życiem. Zostanie skonsumowana, będzie oceniana, wartościowana, ale czuje, a nawet wiem, że nie zginie w natłoku publikacji.


Odpowiedzialność pisarza nie jest tylko i wyłącznie triumfem jego ego, podsycanym poczuciem nieomylności.


Bo tylko ten, który miewa wątpliwości, nigdy nie będzie wydawał kategorycznych sądów i opinii. Choć uzasadnione wdrukowanie siebie chroni autora przed odczytaniem jego dzieła w sposób inny, niż sobie założył.


Jednak wraz z ostatnią linijką i spisem treści jego udział w dalszym życiu książki kończy się. Bezpowrotnie. Nie możemy dołączyć do niej instrukcji obsługi, jak ją mamy rozumieć, jak odczytywać.


Każdy we właściwy dla siebie sposób będzie ją widział i rozumiał.


Zakomponuje sobie ten świat według nieocenzurowanej przez nikogo intuicji


Zwerbalizuje po swojemu emocję błądzącą w przestrzeni niewyrażalności


Pomyśli raz kolorami...



poniedziałek, 16 listopada 2009

Nienaganne muzyczne menu


I have to leave it all to come here. Time beyond time, a place away from this world: it's just for two short nonetheless long hours.


Zajadając wysokokaloryczne kanapki z dużą ilością ajvara, majonezu, papryczek chilli, ogórków kiszonych i czegoś tam jeszcze zapuściłam korzenie pod kocem i ku zdrowotności popijałam grzane galicyjskie.


To chyba wczorajsze Zaduszki Jazzowe mnie tak podziębiły. Kiedy stamtąd wyszłam tafla chodnika lśniła w deszczu. Ale warto było, bo nie załatwiły mnie na "ament" ( jak w czasach wczesnoszkolnych zwykłam mawiać). Choć tak licznego i przegrzanego tłumu, który wylewał się z krużganków dominikańskich, dawno nie widziałam.


Czekałam na to miejsce i ten czas muzycznego spotkania z artystką tej klasy, co Grażyna Łobaszewska. Chciałam zanurzyć się w jednym z "najczarniejszych białych głosów". I to takim, który ma wyjątkową umiejętność wyrażania prawdziwych emocji. Żadnego nudnego dźwięku i nudnych tematów.


Ona ma ten rodzaj ekspresji, która zarazem razi prostotą improwizacyjną, a jednocześnie jest to kunszt nie do podrobienia, który dotyka najgłębszych zakamarków duszy. Jej koncerty pozostawiają niedosyt. Może dlatego, że uwodzi głosem, a nie zewnętrznością, co w obliczu dzisiejszej mizerii staje się czymś szalenie rzadkim.


To jej nowoczesne myślenie o muzyce, taka bezkrompromisowa otwartość na dźwięk i wokal 'z duszą', zawsze wyprzedzały epokę. Dla mnie jest artystką nieoczywistą, ponadczasową i spełnioną. Agresywne brzmienia, wyrafinowane jazzowe frazowanie niekiedy zestawia z łagodnością. Ona tworzy na żywo każdy jeden dźwięk, w bardzo przemyślany, a zarazem spontaniczny sposób. To lubię. Gładkie osiąganie mistrzowskiej precyzji, operowanie obłędnym warsztatem i arsenałem możliwości.


Kiedy słucham takiej muzyki to 'miłośnieję'. Na twarzy mam wyrysowaną błogość i zatracenie. Mrużę wtedy oczy, świadomie pracując na rozwój zmarszczek. Ale jest mi z tą myślą dobrze.


Wczoraj chłonęłam intensywnie to, co było treścią tego koncertu. Kątem oka patrzyłam na Sylwię i Lolaka. Obydwie śpiewają od lat i nie omieszkałyśmy po koncercie poobmawiać i jednocześnie porozgrzeszać muzyków. Mimo, że rozpędzone z nas kobietki, jesteśmy w stanie okiełznać wzajemną energię i snuć rozważania o muzyce do nocy. Czasem dziwne osamotnienie w nas i zrodzony z tej gmatwaniny i poplątania pakt milczenia. Lubimy tak w sobie powiercić, pogmerać w duszy, zatrzymać się nad sobą i powalczyć z wszechogarniającą martwicą, która wyłania się z codzienności.


Niczym w piosence o ludziach z duszą...


Old schoolowa Graża w "Autostradzie do nieba"

i jej dzisiejsza "SUTRA" (cover Sitars)

no i magiczne wykonanie "Ludzi z duszą"


poniedziałek, 26 października 2009


Wróciłam do aktywności społecznej. Właściwie w ciągu ostatnich tygodni proces socjalizacji był znacznie bardziej intensywny, niż mogłam przypuszczać. Wzięłam życie w swoje ręce, podejmując się działań i wyzwań, do których wcześniej podchodziłam w pewną nieśmiałością i dystansem. Znalazłam w sobie źródło sił i inspiracji. Dojrzałam do zachwycającej, pozbawionej napięcia ciszy. Wydobyłam siebie na zewnątrz.


Myśli jak rabatki, ukwiecały mój umysł w tak wyrazisty sposób, że chciałam się tu znaleźć. Pobyć choć przez chwile na moim kawałku internetowego mikro-świata. Zostawić ślad obecności. Słowa są jak afrodyzjak albo smaczne wino, a montowanie tekstu w pośpiechu nie zagłusza kontaktu ze sobą, lecz nadaje wypowiedzi sznyt szczerości.


W jesiennej refleksji jest coś, co pozwoliło mi dostrzec jak wiele mam, kim jestem i kim mogę być. Przyszedł moment sumiennej pracy nad sobą, wewnętrznego dialogu i deklaracji. Moja codzienność wciąż jest zmysłowa, czasem ironiczna, niezgrabna, upoetyzowana, trudna, bolesna i jasnokolorowa. Ale to, co ubarwia moje życie i czyni je wyjątkowym to pragnienie zachowania ważnych chwil na dłużej.


Ruth Waldron oswoiła mnie kiedyś z pojęciem cierpienia. Na koncercie w Krakowie powiedziała "Why do we complain"?, trzymając za rękę niewidomego i sparaliżowanego Arka. Człowieka, który śpiewał w sposób przejrzysty, zachwycający i z zawodową dokładnością. "Dlaczego narzekamy"?"Why do we complain?"


Szczęście to spokój, a nie wykalkulowany stan posiadania. Szczęście jest stanem umysłu i chwilą w teraźniejszości.


Odtworzyłam więc w pamięci słowa Ruth, po których zrozumiałam, że akceptując istnienie nieszczęścia i tego wszystkiego, co nas wokół przytłacza, możemy zacząć żyć inaczej.


Dlatego każdy poranek stał się dla mnie obietnicą czegoś nowego. Kolejny dzień zaczął stwarzać mi możliwości, o których zawsze marzyłam. To co jest bez ruchu, milczące i bez akcji, jest nietrwałe. A ja chciałam zrobić kilka kroków w przód i utrwalić te chwile.


Wyrosłam więc z układania i tworzenia scenariuszy codzienności, bo chwila jest nieprzewidywalna. To, co jest piękne w nieoczywisty sposób jest tym, co w istocie mnie zachwyca i na czym buduje swoje tu i teraz.


Wszechobecną szarość rozświetliło dziś jesienne słońce, minorowe zwątpienie zostało wyparte przez umiarkowany optymizm. Nikt przecież nie mówił, że będzie lekko. Ale własna energia buntu i protestu, która we mnie drzemie, nakazuje mi działać, stwarzać, robić to, co kocham.


W końcu...nie ma szans, że spóźnię się na własną śmierć. Wiem też, że kiedy nadejdzie, nie poczeka na mnie, aż dokonam czegoś ważnego...




wtorek, 29 września 2009

środa, 19 sierpnia 2009


Rafał Borcz - "Tramwaj"


Zerknęłam dziś na obraz, któremu nie mogłam się oprzeć. Tej kolorystyce, która tworzy esencjonalny klimat całości. Dzięki niemu myślami wróciłam do pewnego letniego dnia sprzed wielu wielu lat. Wspomnienia osłodzonego nienasyceniem. Gdy tramwaj leniwie płynął po torach, a ja swoim odbiciem w szybie, odwracałam uwagę duszy od niewypowiedzianej tęsknoty. Sen to był, chwila, oddech może? Telefon pęczniał od sms-ów, w których uczucia miały tak natrętnie twórczy charakter...


"...Nikt nie wie ile dla mnie znaczą Jej uśmiechy, z których rodzą się sny, tak łagodne..."

"...Teraz już chce odważnie prowadzić się, poważnie... cóż"

"...Nikt nie wie, ile dla mnie znaczy brokat słów, milczenie, gdy braknie tchu..."

"...coś podpowiada mi, że dla tych paru chwil jest warto żyć i razem być i dalej trwać"

"...Nikt nie wie, ile znaczą Jej ciepłe dłonie, Jej "dobranoc", kiedy opadam w puch miękkich włosów, wpół przymkniętych powiek..."

"...Ty moja tu, Ty moja tam, Ty moja tak..."

"...kiedy zbudzisz się, na pewno już nie poznasz mnie, bo sobą jestem tylko wtedy kiedy jestem sam..."

"...zachowało się pod piórem to co mogło zostać w nas..."



Nie powiedziałam "Tak"...



sobota, 8 sierpnia 2009

Błękitne drzwi..



"Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierowało Twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to przeznaczeniem" C.G. Jung



Dziś bardziej rozumiem i czuję te słowa, niż kiedykolwiek wcześniej. Dotarłam do głęboko ukrytej w sobie mocy, by tworzyć życie takim, jakie chce, żeby było. Nie ignoruję już swoich wewnętrznych wątpliwości, podszeptów, intuicji i uczuć. I nadal uciekam od jednoznacznego postrzegania ludzi, w myśl zasady, że każda reakcja mówi więcej o nas samych, niż o innym człowieku.


Weszłam w etap życia, który szczególnie uwrażliwił mnie na pewne sprawy i poczułam to jasne uwolnienie i chęć, by pozostać białym w swojej duszy.


Wszystko co nas spotyka, bez wyjątku, ma znaczenie i nadaje sens oraz wartość naszemu życiu. Nawet przypadkowe zetknięcie z pewną plastyczką, która wydziergała mi naszyjnik w prezencie, kiedy biegłam na starówkę. Czy wczorajsze popołudnie z Andżelą, która po jednym spojrzeniu zapoznała mnie ze sobą słowami: „Prawdziwe piękno z wnętrza wypływa”, nie pozostawiając wątpliwości, ze to spotkanie miało czemuś służyć. Przez parę godzin rozmowy dowiedziałam się o sobie więcej, niż w ciągu ostatniego roku. Bezinwazyjnie, z zachowaniem sprawiedliwej proporcji i umiaru. Jak dużo może dostrzec ktoś, kto mnie wcześniej nie znał i nie widział.


"Każda lekcja nas kształtuje, a powraca w mocniejszym doświadczeniu”... Najprawdziwsza to prawda.


Teraz chcę być jeszcze bardziej uważna i refleksyjna, a nie wciśnięta w ramy bycia poukładanym i takim mocno właściwym. Ten, który dusi w sobie to, co złe w imię bycia ideałem, nie może być jednostką w pełni świadomą. Nie mówię tu o sytuacji, w której pozwalamy na to, by być zasilanym przez zło, bo zupełnie nie o to chodzi. Mocne i stabilne podłoże duchowe nie zbuduje w nas zła, będzie drogą do radzenia sobie z negatywnymi emocjami.


Każdy, kto będzie dążył do stworzenia idealnego w sobie człowieka „bez skazy”, nie otworzy się na wiele możliwości. Będzie tylko o nich marzył. Jeśli czegoś chcę, robię to. Kiedyś przekraczałam siebie w tak wielu sytuacjach, a dziś czuję się, jakbym zupełnie o tym zapomniała. Śmiało podążałam przed siebie, pozostając w kontakcie z emocjami i uczuciami. Wiedząc, że robię to dla siebie i widząc w tym spełnienie moich pragnień. Gdybym wtedy skupiała się wyłącznie na chceniu, a nie konkretnym działaniu, prawdopodobnie nie zdobyłabym cennych doświadczeń i nie osiągnęłabym tego, co już mam. Dlaczego dziś miałabym zatracić w sobie tę zdolność? Życie przecież trwa dalej. Czy tkwię w jakiejś podporządkowanej formie, która mi tego zabrania? Nie tkwię! Nie muszę, a nawet nie chcę. Dlatego wybór tej drogi, którą od zawsze chciałam iść stał się dla mnie naturalny i oczywisty.


Czasami spotykam na swojej drodze ludzi, których słowa nie mogą we mnie wzrastać, bo brzmią one niewiarygodnie. Dlaczego? Bo oni nie żyją w sposób, jaki głoszą. To nie oznacza, że jeśli jesteś ornitologiem, to masz zacząć latać. Nie. Ale może warto zrobić coś, by wyrwać się z cholernego odrętwienia?


Czy mam prosić o łatwe, wygodne życie, upływające mi na prostych zadaniach, będących kopią takiego „wspaniałego” i „szalonego” życia, jakie miewają niektórzy moi znajomi? Gdzie tu droga do osiągnięcia stanu szczęśliwości? Gdzie jest ten przykuwający uwagę, jasny snop promieni, który miałby rozświetlić duszę i drogę? Przepraszam, że nie kłaniam się w pas, nie przyklaskuje, nie jestem zwolennikiem takich 'wzniosłych' akcji, skoro ich nie dostrzegam? W takim razie po co to wszystko? Czemu ma służyć ?

Żeby zostać autorytetem i osobą godną zaufania musimy szanować słowa już wypowiedziane, podążać za nimi. Dlatego przestańmy sobie codziennie obiecywać, że podejmiemy jakieś działanie. Po prostu to zróbmy. Tylko w ten sposób można komuś zaimponować i być może usłyszeć kiedyś: „Kurcze. On/Ona faktycznie to zrobiła. Żyje w taki sposób, do którego nas próbował(a) przekonać. Chapeau bas.”


Z tej prostej przyczyny wiem, że tak naprawdę niczego i nikogo wokół siebie nie muszę zmieniać, a poznać to, co chciałbym wyeliminować w sobie. I widzę potrzebę zmiany. Chcę tego.


Wszystko co nielogiczne i głupie, nieznośnie tkwi w naszej głowie, w umyśle, w kalekim odbieraniu świata, a nie na zewnątrz. Tylko zharmonizowany wewnętrznie człowiek, będzie czuł się zadowolony, uszczęśliwiony i w pełni uwolniony z łańcuchów i kajdanów prostej mentalności.


To właściwy stan duszy, a nie umysłu (nawet najbardziej otwartego) sprawi, że nie będziemy potrzebowali ludzi do wypełnienia pustki, w której tkwimy i żyjemy. Nie będziemy skonfliktowani z otoczeniem, nie będziemy odczuwali zawiści, ani złości, że nie do końca czujemy się osobą, jaką chcielibyśmy być.


Zamach na naszą wolność, strukturalnie przemyślany atak wyimaginowanego wroga jest naszym wymysłem. Tych, z którymi się nie zgadzamy, potraktujmy jako swoisty dar, że stanęli na naszej drodze. Bo pozwolą nam dostrzec w sobie cechy, których nie znosimy i które nas drażnią. Natomiast ci, do których lgniemy niech staną się odpowiedzią na to, co mamy w sobie niezwykłego i wielkiego.


Każdy człowiek jest wyjątkowy. Od każdego możemy czerpać tyle ile chcemy. Oczywiście. Możemy przyjąć założenie: „You won't get the best of me”, ale jeśli ktoś ma z tego jakąś naukę, to warto przyjrzeć się cechom, które są w nas najlepsze i podarować je w prezencie. Na przyszłość.

Dlatego teraz chcę się skupiać na pozytywach, a nie na negatywach. Świat będzie dla mnie w zupełności niezwykły i w porządku, jeśli sama z siebie będę w pełni zadowolona.


Mój kolega ze studiów, który prowadzi kreatywne warsztaty rozwoju osobistego, zapoznał mnie z paradoksalną teorią która głosi, że: „Człowiek staje się tym, kim jest, a nie tym, kim chciałby być”.(uwaga! W tym miejscu niektórzy mogą mieć reakcję alergiczną na tanią filozofię :>).
Oznacza to nic innego jak to, że świadomie powinien akceptować siebie takim, jaki jest. Co z kolei stanie się warunkiem dla późniejszego osiągania zmian i podejmowania właściwych działań i decyzji w naszym życiu. I jest w tym logika oraz głęboki sens. By emocjonalnie i mentalnie czuć się osobą, jaką jesteśmy, a nie jaką chcielibyśmy być, uwolnić się od bagażu kompleksów, wewnętrznych ograniczeń, negatywnego myślenia o sobie. Co w przyszłości będzie miało przełożenie na nasze relacje ze światem.



Żeby zostać elementem wiecznym, konkretnym i stanowczym, bez tanich wymówek dla siebie, poszukam błękitnych drzwi bezwarunkowej akceptacji dla siebie i innych. A jeśli spotkam po drodze mur, to je sobie namaluje. I przekroczę to, co nieprzekraczalne, zanim rozsypią się za mną wilgotne cegły ścian.